Czekając na wymarzone dziecko

Największą radością, jaka może spotkać kochających się kobietę i mężczyznę jest przyjście na świat ich zaplanowanego, oczekiwanego i akceptowanego dziecka. Potomek w rodzinie to nie tylko owoc miłości, ale też kontynuacja rodu - spełnienie marzeń i ambicji rodziców, czasem dziedzic majątku lub biznesu, a dla matki i ojca zawsze nadzieja na towarzystwo i podporę w latach starości. Takie są założenia i przemyślenia już od pierwszego dnia życia dziecka, oczywiście czas i okoliczności nieraz weryfikują te plany, generalnie jednak przy odpowiednim mądrym wychowaniu małżeństwo nigdy nie żałuje decyzji o posiadaniu dziecka.

Nasz związek niemalże rozpadł się
Siedem lat próbowaliśmy dosłownie wszystkiego. Był to dla nas koszmar. A jednak, gdy patrzę na mojego synka Mariusza wiem, że byłabym gotowa przejść przez to jeszcze raz. Od początku wiedzieliśmy, że chcemy mieć dziecko. Po roku małżeństwa odstawiłam pigułki antykoncepcyjne. Nie uważaliśmy - wspaniałe uczucie, ale co z tego? W ciążę nie zaszłam. Na początku w ogóle się tym nie przejmowałam. Ginekolog kazał mi mierzyć temperaturę. Na tej podstawie stwierdziłam, że nie jajeczkuję.

Uregulujemy to za pomocą hormonów" - powiedział lekarz.

Urządzałam wyśmienite kolacje przy świecach, zmysłową muzykę i... nic. Robert zbadał się u urologa. Wszystko było w porządku. Minęło półtora roku i zrobiłam USG.

Ginekolog stwierdził: „Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zaszła pani w ciążę". Tylko jak? - rozpłakałam się. „Niech państwo spróbują sztucznego zapłodnienia".

Bardzo się zapaliliśmy. Próbowaliśmy trzy razy. Bez powodzenia. Miałam żal do lekarza, że rozbudził moje nadzieje. Byłam zła na Roberta, ginekologów, na cały świat. Mąż objął mnie i powiedział: „Zapomnijmy o tym, zajmijmy się sobą, oderwijmy się od tego".


Myśl o posiadaniu dziecka
mimo wszystko nas nie opuściła. Po roku znów spróbowaliśmy. Jednak coraz częściej kłóciliśmy się. Pożycie przebiegało według określonego planu, przy czym doznawaliśmy nieustannych rozczarowań. To było ponad nasze siły.
Poszłam do psychologa. Po raz pierwszy odczułam ulgę. Otwarcie mówiłam o tym, co leżało mi na duszy. Mąż zaproponował adopcję. Przystałam na to. Rozpoczęliśmy bieganie po urzędach, załatwialiśmy tysiące spraw. I nagle... zauważyłam coś, co przeszło moje najśmielsze oczekiwania - byłam w ciąży. W chwili, gdy właściwie zrezygnowałam, moje ciało było gotowe na przyjęcie dziecka.


Ciężarne kobiety, ojcowie z maluchami na rękach. Dzisiaj na widok rodzinnego szczęścia nie ogarnia mnie już przygnębiający smutek. Nie zbiera mi się na płacz, kiedy kolejna przyjaciółka promieniejąc ze szczęścia oświadcza mi, że urodzi dziecko. Teraz nawet przyłapuję się na tym, że w głębi serca bardzo mnie to cieszy. W moim życiu nie będzie miejsca na pierwszy ząb, kolki, przedszkole, szkolny stres, pryszcze w okresie dojrzewania. Cieszę się, bo nie muszę szukać kompromisowych rozwiązań, jak pogodzić ze sobą karierę i wychowanie dziecka.

Nie zawsze tak było.
Gdy przed ośmioma laty przestałam stosować środki antykoncepcyjne, myśleliśmy, że w końcu doczekamy się dziecka. Zastanawialiśmy się nawet, jak damy mu na imię, bo oczywiście miał to być chłopiec. Przez rok nie zachodziłam w ciążę. Poszłam do ginekologa - dostałam tabletki hormonalne. Czułam się po nich fatalnie, mój organizm ich nie tolerował. Gdy badania męża wykazały, że wszystko z nim w porządku, lekarz zaproponował metodę sztucznego zapłodnienia. Z gabinetu wyszłam z mieszanymi uczuciami.

Odbyliśmy z mężem poważną rozmowę. Doszliśmy do wniosku, że nie chcemy dziecka za wszelką cenę. Jednak gdy nasi znajomi i przyjaciele pytali nas „Kiedy wreszcie" - myślałam, że zwariuję! Wymyślałam przeróżne wymówki, odpowiadałam, że kariera, że wyjazd za granicę, że pieniądze itd. Wreszcie powiedziałam prawdę. Spadła na mnie lawina pytań i dobrych rad: zrób to, zrób tamto, a moja znajoma... Nie znalazłam sprzymierzeńca, który by zrozumiał moją postawę.

Nikt nie wiedział przez co przeszłam.
Wtedy pojawiła się perspektywa nowej pracy. Złożono mi ofertę, z której nie chciałam zrezygnować. Była to okazja, która trafia się raz w życiu. Przyjęłam posadę, rzuciłam się w wir pracy, odłożyłam na bok myślenie o dziecku. Na nowo zaczęłam stosować środki antykoncepcyjne. W pewnym momencie oboje z mężem zrozumieliśmy, że... widać tak musi być. Spadł nam głaz z serca, spojrzeliśmy na naszą wspólną przyszłość innymi oczami.

Po czterech koszmarnych latach leczenia zdecydowaliśmy się na metodę „in vitro". Kiedy byłam w klinice po raz pierwszy, w halu zobaczyłam mnóstwo fotografii maluszków, w tym zaskakującą liczbę bliźniąt. Dr Lewandowski uświadomił mnie, że tak to bywa, jak się chce ubłagać naturę. Wszczepienie jednego zarodka daje 10% pewności uzyskania ciąży, przy dwóch-trzech pewność ta wzrasta do 30-40%. Urodzenie bliźniąt to nic innego, jak wykorzystanie szans w 100%, choć z drugiej strony ciąża mnoga to patologia, ale jeszcze nikt z rodziców nie składał reklamacji. W klinice wyposażonej w najnowocześniejsze sprzęty wisi lista nazwisk. 1100 przeprowadzonych zapłodnień, 409 ciąż, z tego ponad 380 urodzeń. Wynik kwalifikujący do ścisłej czołówki światowej w tej dziedzinie.

Jak sięrobi dzieci "inaczej"?
- z niepokojem pytałam dr. Lewandowskiego. „Za pomocą leków hormonalnych stymuluje się zwiększoną produkcję komórek jajowych w jajniku. Podczas normalnej owulacji u płodnej kobiety powstaje jedno jajeczko, u nas pacjentki produkują ich od kilku do kilkunastu, w skrajnych przypadkach nawet do kilkudziesięciu, ale wtedy - ze względu na bezpieczeństwo kobiety - musimy ten proces hamować." Dowiedziałam się, że następne działania to już... technika.

Za pomocą przyrządu zwanego ultrasonograficzną sondą dopochwową i cieniutkiej igły o średnicy 1 milimetra pobiera się komórki jajowe z pęcherzyków dojrzewających na powierzchni jajnika. Tak otrzymuje się komórki żeńskie. Mężczyzna oddaje plemniki metodą mało romantyczną, ale nieodzowną: mianowicie przez masturbację, do sterylnego naczynia.

Do zapłodnienia wybiera się najładniejsze, najbardziej ruchliwe, gwarantujące zdrowe dziecko. Samo „poczęcie" odbywa się na szklanej płytce, gdzie zawsze jeden plemnik przebije się w końcu do wnętrza jaja - tak zostaje ich zapłodnionych kilka. Embrion zostaje umieszczony w jamie macicy, gdzie po 3 - 5 dniach zagnieżdża się w błonie śluzowej lub nie, co jest powodem do powtórzenia zabiegu. Pozostałe embriony zamraża się w ciekłym azocie (w temp. - 196 st. C) - w przypadku niepowodzenia jednego zabiegu mogą być użyte do następnego. Zarodki przechowuje się bezterminowo. Liczba prób podejmowanych w celu zajścia w ciążę jest w zasadzie nieograniczona. W klinice nOvum jest pacjentka, która dokonała tego za siódmym razem, ale są też mocno zdesperowane dwie panie, które trafiły do doktora Lewandowskiego po 15 nieudanych próbach przeprowadzonych w innych ośrodkach. W Niemczech, gdzie kasa chorych płaci za 4-6 prób, za ostatnim podejściem zdarza się jeszcze 15% ciąż.

Podczas wizyty w nOvum byłam świadkiem wzruszającej sceny.
Zatelefonowała pacjentka, która głosem przepełnionym łzami radości zawiadamiała, że właśnie otrzymała wynik testu i jest w ciąży: „Przez tyle lat się nie udawało, już nie wierzyłam, że będę miała dziecko!" Doktor wykonał gest jak po zdobyciu kosza w lidze NBA i pobiegł oznajmić to wszystkim pracownikom. Udzieliła mi się radość nowej matki. Przypomniałam sobie też głosy pochodzące od poważnych autorytetów medycznych, mówiące o tym, że zapłodnienie in vitro jest nieetyczne, bo niezgodne z naturą człowieka. Ja CHCĘ BYĆ MATKĄ!!! Za wszelką cenę!

Gdy odbieram naszą córeczkę Małgosię z przedszkola i widzę jej promienną buzię, wciąż nie mogą uwierzyć we własne szczęście. Mamy dziecko! Mimo że przed kilkoma laty lekarze orzekli, że nie urodzę... Poinformowano mnie o tym po badaniach USG. Mój świat legł w gruzach.

Byłam dwa lata po ślubie, wystarczająco długo, by już myśleć o dziecku. Kiedy uświadomiłam sobie, że nigdy nie będę matką, znienawidziłam swoje ciało. Nasze pożycie intymne nie było takie jak kiedyś. Nie miałam na to w ogóle ochoty, czułam się przegrana.

Moja ginekolog poradziła mi konsultacje w klinice, gdzie przeprowadzano zapłodnienia pozaustrojowe. Ostrzegła: „Proszę się dobrze zastanowić. To będzie trudna droga". Miała rację. Trafiliśmy na listę oczekujących. Po pół roku wstępna konsultacja - dostałam leki i broszurę do przeczytania. Co dwa dni chodziłam do kliniki, gdzie podawano mi zastrzyki hormonalne, dziewięć z rzędu. Udało się wywołać jajeczkowanie.

Spędziłam na oddziale trzy dni, mój mąż Artur całe jedno popołudnie. Otoczki komórki jajowej zostały nakłute, następnie połączone z nasieniem Artura. Trzeba było poczekać dzień, by upewnić się czy doszło do zapłodnienia.


Nie udało się.
Nie doszło do zapłodnienia. Miałam uczucie, że wpadłam w jakąś olbrzymią dziurę. Artur starał się mnie pocieszyć. Bezskutecznie. Czułam się fatalnie, zastanawiałam się, czy moje życie w ogóle ma sens. Za kilka miesięcy znów spróbowaliśmy. Potem ponownie. Doszło do zapłodnienia, ale dostałam krwotoku. Spróbowałam po raz czwarty. Tym razem z winy laboratorium się nie udało. Za piątym razem było mi właściwie obojętne, co się stanie. Do tego stopnia, że gdy nie dostałam okresu, sądziłam, że to „zwykłe" przesunięcie. Jednak nie! Tylko Artur był pewien: „Będzie dzidziuś" - wciąż powtarzał. Poszłam na USG. Byłam w ciąży! Ostatnio nasza córeczka zapytała, czy będzie miała rodzeństwo. Próbujemy. Ubiegłego lata poroniłam. Jeszcze parę razy spróbujemy i... koniec!

 

Joanna Kalinowska
Woman, nr 6, 1998 VI