Dar siostry

Marta wiedziała, że może poprosić Małgosię o każdą przysługę. Jednak ta była zupełnie wyjątkowa. Najdziwniejsza z możliwych. Mogła okazać się dla siostry za trudna. Nie znajdowała słów ani argumentów, by zacząć rozmowę. Co stanie się, gdy powie: Małgosiu, ty masz dzieci, ja ich mieć nie mogę. Daj mi swoje jajeczko! Tylko wtedy będę miała szansę zostać matką.

Marta jest w czwartym miesiącu ciąży. Urodzi bliźnięta. Pokazuje mi skserowane odbitki USG. Dla mnie to tylko rozmazane obrazki. Dla Marty czytelny portrecik jej dzieci. Jedna odbitka jest wcześniejsza. Bliźnięta przypominają maciupeńkie fasolki. Na drugiej odbitce fasolki zamieniły się w dwa spore woreczki. - Rosną! - cieszy się Marta. W pracy już wiedzą, że Marta jest w ciąży. Jedna z koleżanek jest przekonana, że zaskoczyła w Paryżu. - A widzisz! Gdy wyjeżdżaliście do Francji, mówiłam ci, że Paryż jest miastem miłości. Marta uśmiecha się, potakuje. Gdyby wiedzieli, jaki był naprawdę ten jej Paryż... Białe drzwi gabinetu lekarskiego w przychodni na Ursynowie i krzesełka pod ścianą, na których czekają na wizytę zestresowane dziewczyny. Nierozmowne, napięte. Opętane myślą o własnym dziecku. Pełne żalu do losu, ale i pełne nadziei, że może tym razem, za trzecim, czwartym podejściem uda się przechytrzyć naturę.

Marta wraca do przeszłości. Nie przypomina sobie, by odczuwała jakąś przemożną potrzebę macierzyństwa. Ważniejsze były studia, dobra posada i życie na odpowiednim poziomie. Dziecko i tak się kiedyś urodzi. Pomyśli o nim, gdy będzie wygodne mieszkanie, pieniądze na nianię i na piękny wózek. Pamięta, jak w białej sukni wychodziła z kościoła, a zaproszona na ślub koleżanka podała jej swoją małą córkę.

Potrzymaj na szczęście. Żebyś szybko i ty urodziła dzidziusia! - Oby nie za szybko! roześmiała się Marta. Po ślubie długo nie planowali z mężem dziecka. I przy śniadaniu, i przy kolacji tematy zawodowe. Oboje zaradni, przebojowi. To, na co inni pracują latami, im udało się zaraz po studiach. Błyskawiczny start i od razu posmak kariery. On wskoczył na wysokie stanowisko w liczącej się na rynku firmie. Jej udało się zdobyć posadę w zagranicznym banku. Dobry samochód, zakupy w drogich sklepach, wycieczka do Meksyku, potem do Nepalu. Mogli wziąć duży kredyt i kupić sobie luksusowe mieszkanie: ponad 100 metrów, z tarasem i z garażem. Jeden pokój zostawili pusty. Miało w nim stanąć kiedyś małe łóżeczko. O tym, że powinni postarać się o dziecko, przypominały rodziny. Rodzice, wujkowie, ciocie, wszyscy pytali: - Nie myślicie o dziecku? Chcecie żyć egoistycznie? Wydawać tylko na siebie?

Nie byli egoistami. Od pewnego czasu temat dziecka stał się równie ważny jak zagraniczne kontrakty Michała i jej bankowość. Marta skończyła 26 lat. To był odpowiedni moment na ciążę. W łóżku rzucali hasło: - A teraz robimy dzidziusia! Gdy Marcie spóźniał się okres, czuła radosne podniecenie. Jednak dzidziuś wcale nie spieszył się na świat. A Małgosia urodziła drugie dziecko, dziewczynkę. - Nie cieszysz się? - spytała Martę, która przybiegła do szpitala z kwiatami. Marta patrzyła na córeczkę siostry. Różowa główka z jasnym puszkiem, rączki jak u lalki. - Jasne, że się cieszę! - uśmiechnęła się, lecz oprócz radości czuła w sobie jakiś chłód. Było jej głupio, że zazdrości siostrze, i nic na to nie mogła poradzić. - Może powinnam zgłosić się do specjalisty? - spytała wieczorem męża. - Powie, że wszystko jest z tobą w porządku - zbagatelizował jej niepokój. Nie była tego taka pewna. Jej problem narastał, budził niepokój, poczucie winy. Musiała znaleźć dobrego lekarza. Okrężnymi drogami, najdelikatniej, jak potrafiła, zaczęła sondować znajomych. - Byłam zdumiona. Okazało się, że ten sam problem ma kilka par z naszego otoczenia!

Oni też się dziwili. Uchodziliśmy przecież z Michałem za szczęściarzy, którym wszystko musi się udać.

Białystok. Znana Klinika Ginekologii AM. Leczy się w niej bliska koleżanka Marty. Jadą tam razem. Wynik wstępnych badań nie jest w zasadzie niepokojący. Marta ma zachwianą gospodarkę hormonalną. Lekarze sugerują, by na jakiś czas zatrzymała się w Białymstoku. Mówią o długiej kuracji. - A ja myślałam, że dostanę od pana doktora receptę i za dziewięć miesięcy urodzę dzidziusia - śmieje się Marta ze swojej naiwności. Dłuższy pobyt poza Warszawą nie wchodzi w grę. I ze względu na pracę, i na męża, z którym nie chce się rozstawać. Zmiana planów. Szukanie specjalistów w stolicy. Prywatną Przychodnię Leczenia Niepłodności nOvum na Ursynowie poleca Marcie znajoma. - Mówiła, że pomogli już wielu parom, że jest tam rodzinna atmosfera, a szef przychodni, dr Piotr Lewandowski, traktuje pacjentki jak córki.

Wyniki badań hormonalnych przeprowadzone w nOvum wytrąciły Martę z równowagi. Jej jajniki tracą zdolność produkcji jajeczek. Przypadłość, którą można porównać do przedwczesnego przekwitania. - Bzdura! - skomentował Michał diagnozę. - Jesteś śliczna, zdrowa, młoda, nawet nie myśl o przekwitaniu. Nie mówiłaś im, że tydzień temu wróciliśmy z Tanzanii? Po prostu zaszkodziła ci zmiana klimatu. - Nie martw się! - pocieszała ją Małgosia - w naszej rodzinie nie było bezdzietnych kobiet. Nawet ciocia Irena, która tak długo nie mogła zajść w ciążę, też w końcu przed czterdziestką urodziła syna.

Ale lekarze z nOvum nie bagatelizowali problemu. Kuracja hormonalna mająca pobudzić jajniki do pracy trwała półtora roku. Urlopy, zwolnienia, złe samopoczucie, mnóstwo dolegliwości. Podczas jednej z kolejnych wizyt padają tajemnicze słowa in vitro. Marta czekała na nie od dawna. Zastrzyki z gonalu stymulującego jajniki robił jej Michał. Najdelikatniej, jak potrafi, wprowadza cieniutką igiełkę w fałdę na brzuchu. Choć nie boli, Marta kaprysi. Coraz gorzej radzi sobie ze sobą. Nadzieja przeplata się ze zniechęceniem. Nie czuje się najlepiej. Michał krzyczy: - Masz być uśmiechnięta i masz hodować ładne jajeczka! Ale wyhodowała tylko jedną komórkę jajową. Gdy ją usypiano do punkcji, była pewna, że z tej jednej jedynej komórki, która zostanie za chwilę pobrana z jej jajnika, na pewno nie rozwinie się zarodek. Lekarz też nie miał większej nadziei. Ani nawet Michał. Dziecko, do którego uśmiechała się w chwilach nadziei, uciekło od niej. A tak naprawdę nie było go i nie będzie.

Wizyta u dr. Lewandowskiego po nieudanym zabiegu. Zamierzała mu powiedzieć, że skoro nie potrafi wyprodukować tych cholernych jajeczek, to może, panie doktorze, dajmy sobie święty spokój. To już w sumie trzy lata badań, wizyt, oznaczania w kalendarzyku dni cyklu, oglądania jajników i czekania na cud. Wie, że inne kobiety podchodzą po kilka razy do in vitro. Ona nie jest aż tak zdeterminowana ani tak silna psychicznie. Była pewna, że lekarz ją poprze. Rozłoży ręce i powie: - Pani Marto, świat bez dziecka też może być piękny. Zamiast tego usłyszała: - Mamy dla pani nową propozycję. Komórka jajowa od innej kobiety. To dla wielu kobiet trudna decyzja. Proszę się zastanowić. I dodał coś jeszcze bardzo dziwnego: - Byłoby cudownie, gdyby miała pani siostrę. Gdyby pani siostra miała mniej niż 32 lata. I gdyby miała już własne dzieci i nie planowała ich więcej... - Marta nie wierzyła własnym uszom. Mówił o Małgosi! Wszystko się zgadzało. Tyle że sam pomysł był absurdalny i zupełnie niedorzeczny. Wybiegła z gabinetu i rozpłakała się. Chciała mieć przecież własne dziecko, nie Małgosi! To prawie tak, jakby miała się zgodzić, by jej mąż zdradził ją z jej siostrą, a później ich dziecko dał Marcie na wychowanie.

Wsiadała do samochodu z mętlikiem w głowie. Zanim włożyła kluczyk do stacyjki, siedziała pół godziny przed kierownicą. Uspokoiła ją ta myśl: przecież na tę sytuację można spojrzeć z zupełnie innej strony. Czym jest jajeczko? Drobinką widoczną pod mikroskopem, tylko komórką. Dzieckiem stanie się dopiero w brzuchu Marty. To czas, gdy matka i dziecko są jednym organizmem. Wtedy powstaje między nimi więź na całe życie. Komórki nie można pokochać. Ale to, co rusza się pod sercem, co kopie w brzuch nóżkami, jest już własnością i największym szczęściem.

Ciepłe czerwcowe popołudnie. Marta spotyka się z Małgosią u rodziców. Siedzą z mamą w ogrodzie. Popijają kompotem ciasteczka. Mama pyta Martę o jej kurację. Ta odpowiada ogólnikami. Nie jest pewna, czy opowiedzieć przy Małgosi o swojej wizycie w nOvum. Mówi wreszcie, że jej problem załatwiłaby dawczyni, inna kobieta, która mogłaby dać jej własne komórki jajowe wytworzone podczas stymulacji hormonalnej. Mama jest poruszona: - Boże, gdybym była młodsza... - wzdycha. - Miałabyś te jajeczka ode mnie. Marta waha się przez chwilę, ale czuje, że musi to powiedzieć: - Lekarz wspomniał, że mogłaby to zrobić siostra - wyrzuca z siebie, nie patrząc na Małgosię. Małgosia milczy. Marta jest przerażona. Źle zrobiła. Nie powinna była w ogóle poruszać tego tematu. Ale gdy wsiada do samochodu, by odjechać, Małgosia ją przytula i całuje na pożegnanie, choć zwykle w takich momentach mówią sobie tylko „pa". Co to znaczy? Obietnica, że jej pomoże, czy przeprosiny, że z jakichś powodów musi powiedzieć „nie"?

Przez kilka dni Małgosia nie daje znaku życia. Wreszcie telefon. Marcie zamiera serce, gdy słyszy w słuchawce głos siostry. Zdecydowałam się - mówi Małgosia. Był to dla mnie duży dylemat, bo wiesz, jestem bardzo religijna. Nie chcę, żebyś była nieszczęśliwa. Widzę, jak walczysz o dziecko. Pomyślałam, że jeśli urodzisz je dzięki mnie, będzie ci bliższe, niż gdyby przyczyniła się do tego obca kobieta. Przypływ radości unosi Martę do sufitu. - Przemyśl to jeszcze raz - prosi siostrę. – Będą nieprzyjemne badania, zastrzyki w brzuch, nafaszerowana hormonami możesz poczuć się fatalnie. Czeka cię punkcja, z nią wiąże się zawsze jakieś ryzyko. Tu nie chodzi o moje życie, które możesz ocalić swoją nerką czy szpikiem. - Już się zdecydowałam - powtarza Małgosia. - Twój szwagier też uważa, że powinnam to dla ciebie zrobić.

Marta wozi siostrę na badania swoim samochodem. I ciągle pyta: - Jak się czujesz? Na pewno nic cię nie boli? Małgosia robi sobie sama zastrzyki z gonalu. Efekt widać po tygodniu na USG i dr Lewandowski jest zdumiony. To, czego zabrakło Marcie, Małgosia dostała od natury w nadmiarze. To już nadprodukcja komórek jajowych. Równe, gładkie, doskonałej jakości. Nie ma wątpliwości, że będą z nich znakomite zarodki. Na pewien czas Małgosia musi wyłączyć się z normalnego życia, dużo leżeć. Bierze urlop. Pomieszkuje u siostry. Jej dzieci przenoszą się do babci, bo mąż Małgosi ze względu na swoją pracę nic może się nimi zająć. Obie czują to samo: nigdy jeszcze nie były tak blisko siebie. Marta dogadza siostrze. Dziś krewetki, jutro duszona jagnięcina, pojutrze ulubione naleśniki Małgosi, z rodzynkami i z sosem czekoladowym. Przywozi do domu kilogramy owoców, filmy na DVD, kolorowe pisma. Śpią w jednym łóżku i przypominają sobie, jak w dzieciństwie tłukły się i wyrywały sobie lalki. Miały osobne koleżanki, osobną drogę do szkoły, nie wymieniały się duchami. Kłótnie, kłótnie i rywalizacja. - Pogódźcie się! prosiła mama. - Nie wstyd wam? Przecież jesteście siostrami! - Ale kiedy wyszłaś za mąż i wyprowadziłaś się z domu, zaczęłam za tobą strasznie tęsknić – przypomina Marta. - Mnie też ciebie brakowało - przyznaje się Małgosia.

Michał twierdzi, że dom z Małgosią jest cieplejszy, bardziej rodzinny, ale któregoś wieczoru nieoczekiwany zgrzyt. Oświadcza, że krępuje się oddawać swoje nasienie w przychodni. Woli to zrobić w domu. Marta dzwoni do przychodni. Zgadzają się, by przywiozła spermę w pojemniczku. Jest zimno. Marta trzyma plastikowy kubeczek pod kurtką. Małgosia żartuje, że niedługo jej relacje z Michałem staną się cieplejsze. W końcu połączy ich coś intymnego. Marta chce trzepnąć ją po nosie, ale wtedy mogłaby upuścić pojemnik. A to przecież skarb. Podczas punkcji Małgosi Marta jest przy niej. Boi się o siostrę. Ma wyrzuty sumienia, że wciągnęła ją w świat zmagających się ze swoją niepłodnością kobiet. Że to przez nią Małgosia przechodzi przez coś przykrego i bolesnego, co jej zupełnie nie dotyczy. Małgosia budzi się po zabiegu. Uśmiecha się do siostry. Co za ulga! No i stało się. Marta jest już po transferze. Dzięki siostrze ma w sobie obietnicę życia. Tym razem musi się udać, bo udaje się wszystko, w czym macza palce Małgosia.

Siostra Marty jest w czepku urodzona. Małgosia martwi się o Martę. Dzwoni do niej kilka razy dziennie, rozwesela, opowiada o swoich dzieciach. Marta słucha, ale zmęczona trwającą od kilku lat walką o dziecko zasypia ze słuchawką w ręku. Koszmarny sen. Umiera w nim z chłopczykiem w błękitnym ubranku na kolanach. Gdy się obudzi pojawi się w jej głowie uspokajająca myśl: jeśli będę matką i coś się ze mną stanie, moim dzieckiem zajmie się Małgosia. Jego ciocia i w pewnym sensie druga mama. Ta przedziwna komplikacja może mieć tylko dobre strony. Test ciążowy odczytywał Michał. Długo cisza, a potem okrzyk radości na cały dom: - Lepiej nie mogło być! Zapowiadają się bliźnięta! - Marta dzwoni do siostry. - Będziemy mieć dwoje dzieci! - płacze i śmieje się w słuchawkę. - My, to znaczy kto?! - docieka Małgosia tonem zdradzającym jej dobry nastrój. - Ja i ty! - tym samym tonem odpowiada Marta. No i oczywiście Michał. Brzuch Marty już się lekko zaokrąglił. Kupuje większe rozmiary rajstop. Martwi się, że pokój dziecinny jest chyba za mały, bo będzie musiała pomieścić w nim dwa łóżeczka. - Jak się odwdzięczę siostrze? - zastanawia się. - Przecież nie kupię jej samochodu, nie wyślę jej na Florydę. To, co stało się między nami, dotyczy naszych uczuć, kobiecej solidarności i serca. Niczego więcej.

 

Anna Jabłońska
Twój Styl, 2004 III