Dla wymarzonego dziecka zostali "przemytnikami"

Steffen. wysoki, barczysty mężczyzna, smaruje masłem kromkę chleba. Kładzie na nią plaster szynki. Gotową kanapkę dzieli na maleńkie, równe kawałeczki i układa na talerzyku. - Zosiu, będziemy jeść kolację - Steffen staje w drzwiach pokoju. Na kanapie drobniutka, półtora­roczna dziewczynka tuli pluszowe­go misia. Coś mu śpiewa. Steffen uśmiecha się.

- Tata! Daj misiowi jeść! On jest głodny - woła Zosia. I już jest zabawa. Steffen raz karmi ją, raz, na niby, misia. Po kolacji kąpiel, a zaraz potem Zosia ląduje w łóżeczku. Tata tuż przy niej, by przeczytać bajeczkę. Gdy kwadrans później wraca z pracy Ula, mała już śpi.

- W nocy wielokrotnie zaglądamy do jej pokoju. Poprawiamy kołderkę, całujemy - uśmiecha się Ula. - Nie możemy się nią nacieszyć. I nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej nie być. Że ja nie usłyszałabym nigdy .."mamo", a Steffen "tato". A tak przecież mogło być. Nasz dom mógł na zawsze pozostać pusty.

On Duńczyk, ona Polka - ich historia to gotowy scenariusz na film

Steffen studiował prawo i zarządzanie w Kopenhadze. W wolnym czasie trenował siatkówkę. Postawny, przystojny, zawsze uśmiechnięty chłopak - okaz zdrowia. Tylko od pewnego czasu zaczął blednąc...

- Miałem wtedy 22 lata. Złapałem jakąś infekcję - wspomina Steffen. - Miałem katar, bolało mnie gardło. Poszedłem do lekarza. Coś go mocno zaniepokoiło. Kazał mi natychmiast zrobić podstawowe badania krwi. Okazało się. że mam bardzo mało czerwonych krwinek. Dużo poniżej normy: Nie powiedział, co to znaczy. Skierował mnie do szpitala na kolejne badania. Diagnoza: białaczka. Jedyną szansą był przeszczep. Ale lekarze bez ogródek przyznali, że tylko połowie pacjentów po przeszczepie udaje się przeżyć. - Steffen zaciska mocno pięści. -Wybiegłem ze szpitala. Włóczyłem się kilka godzin po jakimś parku. Nikt na szczęście nie widział, jak płaczę. Aż powiedziałem sobie: Mam umierać? W porządku, ale na pewno nie teraz! Bo ja po przeszczepie będę żyć!

W szpitalu przed chemioterapią lekarze zaproponowali mu, by zamroził i zdeponował swoje nasienie. Na wszelki wypadek. Zgodził się. Choć wtedy rodzina, dziecko były dla niego czystą abstrakcją. Myślał jedynie o tym. żeby przeżyć. 12 listopada 1993 roku przeszczepiono mu szpik. Udało się! Trzy lata później przyjechał na praktyki studenckie do Warszawy. Przez znajomego Duńczyka poznał czarnooką dziewczynę, Ulę. Oboje poczuli, że są dla siebie stworzeni. Kiedy Steffenowi skończyły się praktyki w Warszawie, musiał zdecydować, gdzie chce żyć.

- Nie chciałam, żeby został w Polsce tylko dla mnie - Ula przytula się do męża. - Pojechał na wakacje do domu. Ale tęskniliśmy za sobą do szaleństwa. Szybko wrócił i jesteśmy razem już siedem lat.

Marzyli o dziecku jak o cudzie. Bo pod tym względem też ..świetnie się dobrali. Ona miała chore jajniki i poważne niedomogi hormonalne, nie mogła zajść w ciążę. On był bezpłodny po przeszczepie szpiku. Ale miał nasienie zdeponowane przed laty w kopenhaskim banku. Jedyną szansą na poczęcie własnego dziecka była metoda in vitro.

- Nie mogliśmy jej zmarnować, za nic w świecie - opowiada Ula.- Sprawdziliśmy wszystkie kliniki zajmujące się tą metodą – dodaje Steffen. - W końcu wybraliśmy przychodnię nOvum.

Wyjazd po nasienie był podróżą ich życia. Musiato się udać!

Juz pierwsza wizyta dodała im otuchy. Wiedzieli, że lekarze zrobią wszystko, by im pomóc. Musieli tylko sprowadzić z Kopenhagi zamrożone nasienie. - Mogliśmy wprawdzie skorzystać z usług medycznego kuriera, ale trudno nam było pogodzić się z myślą oddania ..."naszych" plemników- jakimś obcym ludziom - opowiada Ula. - Bo gdyby się coś stało, w życiu byśmy sobie tego nie darowali. Musieliśmy je przywieźć sami. Ale jak? Samolotem? Było po 11 września. Na wszystkich lotniskach zaostrzone kontrole. Zanim zdążylibyśmy wyjaśnić, co wieziemy w specjalnym termosie, mogliby go prześwietlić, otworzyć, zniszczyć... Poświadczenie kopenhaskiego szpitala o zdeponowaniu nasienia i drugie od kliniki nOvum, która na przesyłkę czekała, mogło nie wystarczyć.

- Ruszyliśmy do Danii promem - opowiada dalej Steffen. – Nikomu nie mówiliśmy, co mamy zamiar przewieźć. Po prostu - przemycamy. A jak będą nam chcieli zabrać nasz ..."towar", otworzyć termos? Będziemy bronić własnym ciałem!

Wieczorem zabrali termos z kopenhaskiego szpitala. Schowali go do zwykłej walizki na kółkach. Kiedy weszli na prom, nie wypuścili jej ani na chwilę z rąk. Rano dopłynęli do Świnoujścia. Stamtąd ruszyli do Warszawy, prosto do nOvum, gdzie cały czas czekali na nich lekarze. Kiedy tam dotarli, byli nieprzytomni ze zmęczenia i szczęśliwi. Pierwszą bitwę o dziecko wygrali.

- Potem przechodziłam specjalną kurację hormonalną – wspomina Ula. - Mój organizm wariował. Śmiałam się. płakałam, dostawałam szału... Nie wiem, jak Steffen to wytrzymywał. Powtarzał tylko, że gdyby mógł, toby brał za mnie te zastrzyki w brzuch. Ale najbardziej baliśmy się, że po odmrożeniu plemniki stracą żywotność. Na szczęście niepotrzebnie. Już po pierwszym podejściu do in vitro byłam w ciąży! Jeszcze nikomu się to nie udało po tak długim czasie mrożenia nasienia. Wygraliśmy kolejną bitwę. Płakaliśmy z radości. Codziennie patrzyliśmy, jak rośnie mój brzuch. Mówiliśmy do niego. I nie mogliśmy się doczekać dziecka. Zosię urodziłam w dzień matki - 26 maja ubiegłego roku. Steffen pierwszy wziął ją na ręce. To dopiero było zwycięstwo! Wygraliśmy o Zosię całą "batalię".

Jolanta Pilipczak
Pani Domu, str. 8-9