Długo na Ciebie czekałam...

Czasem niełatwo jest zostać mamą i tatą. Niektórzy szybko rezygnują, inni latami starają się, by mieć dziecko. Często jedynym ratunkiem jest zapłodnienie in vitro.

Poznaliśmy się przed ośmiu i laty, a dwa lata później wzięliśmy ślub i prawie natychmiast postanowiliśmy mieć dziecko. Niestety, nie mogłam zajść w ciążę. Na szczęście trafiłam do dobrego lekarza z Instytutu Matki i Dziecka (dr Krzysztofa Kucharskiego), który zalecił monitorowanie mojego cyklu: 3 razy w miesiącu kontrolowano mi poziom hormonów. Dowiedziałam się, że jestem zdrowa - wspomina Ewa. - Dopiero po przebadaniu męża, stwierdzono, iż jego nasienie jest genetycznie osłabione, bo Piotr był nosicielem mukowiscydozy. Trafili do prywatnej kliniki, ponieważ jeszcze kilka lat temu w okolicy Warszawy nie było żadnego publicznego ośrodka leczenia niepłodności. Lekarze zalecili, aby sprawdzić, czy Ewa nie ma zrostów w narządach rodnych. Konieczna była laparoskopia. Ale zabieg kosztował kilka tysięcy złotych (tyle, ile zapłodnienie in vitro), więc z niego zrezygnowali.

- Nie załamaliśmy się, bo wierzy­liśmy, że nam się uda. - opowiada Piotr. - Na wizytę w przychodni „Novum" na Ursynowie czekaliśmy 3 miesiące. Już po pierwszej rozmowie oceniliśmy, że jesteśmy w dobrych rękach. Lekarze z tej przychodni byli bowiem profesjonalistami. Wszystkie decyzje podejmowali po konsultacji z nami. - Kiedy zrobiliśmy badania okazało się, że nie tylko mąż, ale i ja mam problemy zdrowotne: na jajnikach powstały torbiele - mówi Ewa.

In vitro daje nadzieję
Po rozmowach z lekarzami, nie od razu zdecydowali się na zapłodnienie pozaustrojowe in vitro (męskie i żeńskie komórki płciowe łączy się poza organizmem mamy, a następnie umieszcza zapłodnione jajo w macicy). Najpierw postanowili skorzystać z dużo tańszego i mniej skomplikowanego zabiegu - inseminacji. W dniu owulacji, do jamy macicy wstrzyknięto Ewie specjalnie przygotowane nasienie męża (wyizolowano najsilniejsze plemniki). Jednak pierwsza próba nie powiodła się, trzy następne - robione co miesiąc - też się nie udały. Państwo Pałaszowie stanęli przed trudną decyzją: co dalej? - Nie wyobrażaliśmy sobie życia tylko we dwoje. Zdecydowaliśmy się więc na zapłodnienie in vitro i to szczególnego rodzaju - z mikromanipulacją (dawało nam większą szansę na dziecko). Najpierw przez dwa tygodnie podawano mi hormony, które zwiększają produkcję jajeczek. Podczas badania usg, co kilka dni (a pod koniec nawet co drugi) sprawdzano liczbę i wielkość pęcherzyków, w których rosły. Powstały aż 23 komórki jajowe (w tym 19 dojrzałych). Był to wynik całkiem niezły, choć wyrosło ich za dużo.

Wszystkie komórki pobrano metodą punkcji, pod narkozą i kontrolą usg. Następnie w laboratorium połączono plemniki z komórkami jajowymi. Wykorzystano plemniki zamrożone do pierwszej inseminacji, bo były jednak najsilniejsze. Ale okazało się, że tylko 8 jajeczek zostało zapłodnionych. Dwa zarodki umieszczono w macicy. Przez następne tygodnie państwo Pałaszowie żyli nadzieją, że wreszcie zostaną rodzicami. Niestety, Ewa poroniła... Jeszcze nie wszystko byto stracone, bo w specjalnym termosie w „Novum" zachowano 6 pozostałych zarodków... Ale szybko pojawił się kolejny ból i rozczarowanie, bowiem żaden nie przeżył rozmrożenia... - Było nam ciężko. Postanowiliśmy szukać innych rozwiązań. Chodziliśmy do bioenergoterapeutów, piłam tybetańskie zioła, ale po nich tylko dostałam wysypki - mówi Ewa.

W maju 2001 roku, po półrocznej przerwie, zdecydowali się na drugie zapłodnienie in vitro. Nie chcieli tracić czasu, bo choć byli zmęczeni leczeniem, wiedzieli, że są coraz starsi i szansę na dziecko maleją. Tym razem wyniki były lepsze: pobrano 13 komórek, zapłodniono 11, a 3 zarodki umieszczono w macicy. Ale, niestety, znów ciąża się nie utrzymała.

Musimy mieć dziecko!
Przez Internet znaleźli pary, które - tak jak oni - cierpiały na niepłodność. Najpierw spotykali się w swoim gronie, potem zaczęli zapraszać psychologa. Założyli Stowarzyszenie na rzecz leczenia niepłodności i wspierania adopcji NASZ BOCIAN, które ma własną stronę internetową (www.nasz-bocian.pl). Korzysta z niej 800 osób z Polski i z zagranicy. Wymieniają się doświadczeniami i dzielą radościami, gdy urodzi się dziecko.

Już po pierwszej nieudanej próbie in vitro, państwo Pałaszowie postanowili adoptować malucha. Zgłosili się do ośrodka adopcyjnego TPD. - W listopadzie 2001 roku, wciąż czekając na dziecko z adopcji, zdecydowaliśmy się na trzecie zapłodnienie in vitro, choć nie bardzo wierzyliśmy, że się uda - opowiada Piotr. - W grudniowy poniedziałek 2001 roku, Ewa zrobiła kolejny test ciążowy. W okienku pojawiły się dwie kreski, ale ta druga była bardzo słaba. Dopiero lekarze z „Novum" potwierdzili dobrą nowinę. Nasza radość nie miała końca, bo nie spodziewaliśmy się, że na Gwiazdkę dostaniemy tak wspaniały prezent! Dwa dni później pracownicy ośrodka adopcyjnego poinformowali Pałaszów, że mogą mieć dziecko już na Boże Narodzenie. Zrezygnowali jednak z adopcji, bo Ewa przez cały czas musiała leżeć - nie mogliby więc zapewnić malcowi odpowiedniej opieki.

Nareszcie z nami
- Lekarze podawali mi progesteron, hormon podtrzymujący ciążę. Opiekowali się mną prawdziwi profesjonaliści - dr Piotr Lewandowski i dr Katarzyna Kozioł. Dla nich nasza ciąża była tak samo cenna, jak dla nas. Dzięki ich zaangażowaniu udało się ją utrzymać. Ale przez cały czas musiałam leżeć. Wstawałam tylko, by pójść do łazienki, w dziewiątym tygodniu, nagle zaczęłam krwawić. Skierowano mnie do szpitala. Bałam się, że nie donoszę dziecka, ale na szczęście wszystko było w porządku. Potem zrobiono mi dokładne usg z pomiarami płodu. Słyszeliśmy, jak bije jego serduszko, widzieliśmy jak rośnie. Mogliśmy dostrzec nawet rysy jego twarzy. To byto niesamowite! Kochaliśmy go od pierwszych chwil życia. Proponowano mi, abym zrobiła amniopunkcję, która wykrywa niektóre wady genetyczne, m.in. zespół Downa. Ale nie zgodziliśmy się, bo nawet gdyby dziecko było chore, to i tak bym je urodziła.

Przez 12 tygodni podawano mi progesteron - drogo nas kosztował, bo wszystkie leki są całkowicie odpłatne. Nie mogłam też korzystać z bezpłatnych badań, ponieważ kasa chorych nie refunduje kosztów związanych z ciążą in vitro. Pod koniec 3. trymestru miałam silne skurcze, groziło mi poronienie. Na szczęście zahamowano je w szpitalu. Patryk urodził się 12 sierpnia tego roku, w 37. tygodniu ciąży, w szpitalu AM przy ul Karowej. Odebrał go prof. Krzysztof Czajkowski. Przyszedł na świat przez cesarskie cięcie - zaplanowane, bo synek był duży, a ja drobna. Mamy wreszcie Patryczka i nasze szczęście nie zna granic! Zdążyliśmy nawet przed zmianą ustawy, jestem więc na 6-miesięcznym urlopie macierzyńskim! Planujemy jeszcze jedno maleństwo. Właściwie to ono jest, tylko, że jeszcze nie z nami. W specjalnym termosie w „Novum" przechowywane są nasze zarodki, jest ich 11. Mówimy na nie eskimoski, a lekarze z kliniki: dzieci. Nie ma 100 proc. pewności, że się rozmrożą i zagnieżdżą. Ale nie chcemy ich zostawić. Pragniemy dać im szansę...

 

Jolanta Lisowska
Mama i dziecko, 2002 X - str 92