Dzieci z probówki nie są gorsze

O zapłodnieniu in vitro, rozwoju dzieci "z probówek" i wyręczaniu natury rozmawiamy z prof. Barbarą Hulanicką i doc. Sławomirem Koziełem z Zakładu Antropologii PAN we Wrocławiu

 

Od kilku tygodni toczy się w Polsce dyskusja na temat przyszłości, prawnych aspektów i finansowania przez NFZ zapłodnienia in vitro oraz losu zarodków, które nie zostały wykorzystane. Dwoje uczonych z Zakładu Antropologii PAN we Wrocławiu przeprowadziło badania kilkuset dzieci, urodzonych w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego.


Mariusz Urbanek: Jako jedyni w Polsce badali Państwo dzieci, które urodziły się w wyniku zapłodnienia in vitro.

Sławomir Kozieł: - Sprawdzaliśmy, jak te dzieci rozwijają się pod względem somatycznym. Badaliśmy ich parametry porodowe oraz zmiany ciężaru ciała i obwodu głowy. Nie badaliśmy natomiast rozwoju psychoneurologicznego dzieci narodzonych w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego.

Barbara Hulanicka: - Nasze badania miały na celu znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy istnieją jakieś różnice w rozwoju dzieci rodzących się w wyniku zapłodnienia naturalnego i zapłodnienia in vitro. Sprawdzaliśmy po prostu, czy nie ma jakichś specyficznych konsekwencji tego rodzaju zapłodnienia.

Są?

B.H. - Okazało się, że nie ma.

S.K. - Wręcz przeciwnie. Badania wykazały, że w porównaniu z przyjętą średnią, te dzieci wypadły lepiej. A porównywaliśmy ich wyniki ze średnią dla populacji dzieci z Warszawy, wyższą niż średnia ogólnopolska. W Warszawie mieszka najwięcej osób zamożnych i dobrze wykształconych, a więc gwarantujących dzieciom lepsze warunki rozwoju.

Co było powodem podjęcia takich badań?

B.H. - Pomysł był Sławka.

S.K. - Przeczytałem kiedyś w "Gazecie Wyborczej" artykuł na temat manipulacji na embrionach zwierząt laboratoryjnych. Autorzy artykułu sugerowali, że pewnego rodzaju manipulacje na zarodkach we wczesnym stadium ich rozwoju mogą prowadzić do różnych zaburzeń już po urodzeniu. Pomyślałem wtedy, że być może warto sprawdzić, czy dotyczy to także ludzi, którzy rodzą się w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego czy, mówiąc szerzej, w wyniku zapłodnienia wspomaganego. Dla antropologów to temat bardzo ciekawy.

B.H. - Wtedy nawiązaliśmy kontakt z Prywatną Przychodnią Leczenia Niepłodności "Novum" w Warszawie, jedną z dwóch, które w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku tym się zajmowały. Wtedy jeszcze mieściła się ona w piwnicy bloku mieszkalnego, a obecnie jest dużą kliniką.

To stamtąd pochodziły dzieci, które Państwo badali?

B.H. - Tak. Z tym, że my nie mieliśmy z dziećmi żadnego kontaktu. One pozostały dla nas do końca badań anonimowe, ponieważ rodzice bardzo często nie przyznają się do tego, że ich potomstwo urodziło się w wyniku zapłodnienia in vitro. Otrzymaliśmy jedynie dokumentację badań.

Ile dzieci Państwo przebadali?

S.K. - Chcieliśmy, żeby nasze badania objęły możliwie jak największą liczbę dzieci z jak najdłuższego okresu czasu, a to oznaczało, że musieliśmy czekać kilka lat na odpowiednią ilość materiału. Rozpoczynaliśmy badania w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy tych zabiegów było jeszcze niewiele.

B.H. - Mieliśmy dane ponad 300 dzieci, które urodziły się w tej klinice na przestrzeni sześciu lat, ale do badań wykorzystaliśmy tylko dokumentację 200 dzieci, w których przypadku dysponowaliśmy pełnymi danymi pomiarowymi. Przyjęliśmy kryteria dość rygorystyczne, odrzucając dokumentacje niepełną, i ostatecznie nasze badania objęły 103 chłopców i 97 dziewczynek.

- W wyniku badań pokutująca w Polsce opinia, że dzieci rodzące się w efekcie zapłodnienia pozaustrojowego są dziećmi "gorszymi", narażonymi na większe ryzyko chorób i zaburzeń, została obalona?

B.H. - Powiedzmy, że została zakwestionowana. Okazało się, że nie ma jakichś szczególnych różnic w rozwoju dzieci rodzących się w efekcie różnych form zapłodnienia.

Mimo, że więcej jest wśród tych dzieci wcześniaków i takich, których narodziny wymagają cesarskiego cięcia? To zwykle wiąże się z kłopotami.

S.K. - Ryzyko, iż dzieci pochodzące z zapłodnienia pozaustrojowego będą miały niską lub bardzo niską masę urodzeniową lub urodzą się przedwcześnie, jest dwukrotnie wyższe niż w wypadku zapłodnienia naturalnego. Większe także, o ok. 20-34 proc., jest ryzyko wystąpienia tzw. naturalnej, spontanicznej aborcji embrionu, która może nastąpić pomimo udanego zabiegu. A mimo to nie ma zauważalnych różnic w rozwoju tych dzieci.

B.H. - Dochodzi do tego jeszcze zagrożenie, jakim jest ciąża mnoga, zdarzająca się często w przypadku zapłodnienia in vitro.

No i chyba fakt, że częściej rodzą te dzieci kobiety przeciętnie starsze, którym nie udało się przez kilka czy wręcz kilkanaście lat starań zajść w ciążę w sposób naturalny.

B.H. - Nie mogą to być kobiety zbyt zaawansowane wiekowo, ponieważ im późniejszy wiek, tym bardziej drastycznie spada skuteczność zabiegów in vitro.

S.K. - Średnia wieku matek badanych przez nas dzieci to 35, a ojca 37 lat.

- I wszystko to nie ma wpływu na to, że te dzieci rodzą się "gorsze", słabiej i wolniej się rozwijają?

B.H. - Nie. Owszem, wcześniaki i dzieci z ciąż mnogich rodzą się mniejsze, ale bardzo szybko nadrabiają zaległości. Można powiedzieć, że rozwijają się w szybszym tempie.

S.K. - Dodajmy jednak, że nie wszystkie rodzą się wcześniej czy z niską masą urodzeniową. Odsetek takich przypadków jest większy niż w wypadku zapłodnienia naturalnego, ale większość nie różni się niczym od dzieci urodzonych bez wspomagania.

Tylko 46 proc. dzieci urodzonych w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego zostało po urodzeniu ocenionych w skali Apgar na 10 punktów. To nie jest powód do niepokoju?

S.K - Nie. Niższa ocena wynika z tego, że część tych dzieci urodziła się przedwcześnie albo z ciąży mnogiej.

B.H. - Nawet najmniejsze zaburzenie po urodzeniu dziecka wpływa na obniżenie oceny w skali Apgar, a więc fakt, że tylko 4 proc. wszystkich dzieci, które urodziły się w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego, zostało ocenionych poniżej 8 punktów, to naprawdę bardzo dobry wynik.

Z czego wobec tego wynika przekonanie, że te dzieci rodzą się słabsze?

B.H. - Przede wszystkim z pewnej odmienności i niewiedzy dotyczącej tego rodzaju zapłodnienia.

S.K. - Zabiegom tego rodzaju poddają się osoby, mające problemy z naturalnym zajściem w ciążę. Niepłodność postrzegana jako pewnego rodzaju stan chorobowy i już tylko to może być przyczyną nieufności wobec sztucznego zapłodnienia.

Czy wyniki Państwa badań pozwalają na wyciągnięcie jakichkolwiek wniosków na temat rozwoju tych dzieci już w wieku dorosłym?

S.K. - Pierwsze tzw. dzieci z probówki na świecie urodziły się w roku 1978, a więc najstarsze dopiero w tym roku ukończą trzydzieści lat. To ciągle jeszcze za wcześnie, żeby wyrokować czy wyciągać jakieś daleko idące wnioski na temat skutków, które mogą pojawić się w wieku 50 czy 60 lat.

Może się okazać, że są bardziej podatne na choroby wieku dojrzałego?

S.K. - Istnieje teoria Barkera, który twierdzi, że dzieci z niską masą urodzeniową, co może częściej dotyczyć dzieci rodzących się w wyniku zapłodnienia in vitro, dotknięte są większym ryzykiem otyłości i chorób krążenia w wieku dorosłym, np. 50-60 lat. Ale o tym, czy te dzieci będą obarczone taką przypadłością, będziemy mogli się dopiero przekonać.

B.H. - A w dodatku teoria Barkera jest już dziś podważana, ponieważ inni uczeni uważają, że do otyłości nie wystarczy tylko niska waga urodzeniowa, ale dziecko w ciągu dwóch pierwszych lat życia musi jeszcze być przekarmiane. A to rzeczywiście jest częste u wcześniaków, które rodzą się mniejsze, więc rodzice karmią je, żeby szybciej nadrobiły niedobory wagi. I wtedy rzeczywiście pojawia się ryzyko otyłości.

Czy na świecie prowadzone były także badania psychoneurologiczne dzieci z probówek?

B.H. - Tak, i jak wynika z publikacji w piśmie "Lancet", także pod tym względem nie zaobserwowano żadnych znaczących różnic między tymi dziećmi, a dziećmi poczętymi w sposób naturalny.

S.K. - Rozwijają się w sposób absolutnie normalny, co więcej, jak wynika z tamtych badań, ich stosunki z rodzicami są w znaczący sposób lepsze niż w rodzinach, w których doszło do zapłodnienia spontanicznego.

- To akurat można sobie wytłumaczyć dość prosto. To są po prostu dzieci bardziej "chciane", oczekiwane, wymodlone, rodzące się w rodzinach lepiej wykształconych i lepiej sytuowanych, a więc bardziej zadbane i wychuchane.

B.H. - To prawda, bo zapłodnienie pozaustrojowe to zwykle jedyna i ostatnia szansa na posiadanie dziecka. Nie tylko dla kobiet, które zwykle przyjęło się uważać za winne braku dzieci. Coraz częściej zapłodnienie wspomagane stosuje się także w przypadku chorób, na które cierpią mężczyźni, np. przy raku jąder, którego konsekwencją jest bezpłodność. Możliwe jest zdeponowanie przed chemioterapią nasienia w odpowiednim banku i wykorzystanie go po powrocie mężczyzny do zdrowia. W Ameryce to już w takich przypadkach standard.

Wiedzą Państwo, kim są rodzice badanych przez Was dzieci?

B.H. - Nie znaliśmy oczywiście ich nazwisk ani adresów, ale wiedzieliśmy z jakich pochodzą środowisk. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, potwierdziło się, że także w Polsce wywodzą się oni ze środowisk zdecydowanie lepiej wykształconych.

S.K. - Być może w Polsce jest to jeszcze bardziej widoczne niż w krajach zachodnich, ale są to ludzie o dochodach wyraźnie przewyższających średnią zarobków, bo w Polsce, gdzie zabiegi in vitro nie są refundowane, stać na nie wyłącznie osoby naprawdę zamożne.

Sądząc po dyskusji, która się przetoczyła przez Polskę, większym problem niż rozwój dzieci narodzonych in vitro, jest to, co dzieje się później z zamrożonymi zarodkami ludzkimi.

S.K. - W Wielkiej Brytanii rzeczywiście kilka lat temu zniszczono około połowy z miliona zarodków i do dzisiaj mają miejsce protesty przeciwko temu, co się stało. W Polsce, o ile wiem, żadnego zamrożonego zarodka jeszcze nie zniszczono.

Ale nie zmienia to tego, że problem istnieje.

S.K. - Można te zarodki zaoferować bezpłodnym parom, które nie mają szansy doczekania się dzieci nawet wskutek zapłodnienia wspomaganego. Szwedzi poradzili sobie także z tym problemem. Stosują rozwiązania pozwalające uniknąć zamrażania zarodków. W Polsce, o ile wiem, z kilku zarodków podaje się do macicy dwa, resztę zamrażając. Szwedzi "stwarzają" tylko tyle zarodków, ile potem podawanych jest do macicy. Pozwala to uniknąć konieczności zamrażania pozostałych. A jeśli dochodzi wtedy do śmierci części zarodków, odbywa się to w sposób naturalny, regulowany przez samą naturę. Jak wynika z badań, na 160 zapłodnień męskich dochodzi tylko do 100 porodów, co oznacza, że 60 zarodków jest w sposób naturalny eliminowana przez organizm.

B.H. - Zapłodnienie in vitro to dla wielu ludzi jedyna, choć kosztowna droga pozwalająca mieć dzieci, choć oczywiście, ze względu na pojawiające się problemy moralne, powinno to odbywać się pod społeczną kontrolą. Bo skala tego zjawiska będzie rosła. Światowe statystyki pokazują, że w krajach rozwiniętych wiek, w którym kobieta rodzi pierwsze dziecko, przesunął się już poza granicę 28 lat, a Polska bardzo szybko świat dogania. Ostatni spis powszechny, przeprowadzany w Polsce przed siedmiu laty, pokazał, że ten wiek już wtedy sięgał 27 lat. Ludzie coraz później decydują się na prokreację, co wynika ze zmieniającego się stylu życia i aktywności zawodowej kobiet.

Ale z tego wynika, że ludzie są sami sobie winni. Coraz późniejszy wiek, w którym decydują się na dzieci, to działanie wbrew naturze, która wyznaczyła próg biologiczny w tym względzie wcześniej. Czyli zapłodnienie in vitro to niejako próba wyręczenia natury.

S.K. - Zarówno pierwsze zjawisko, czyli coraz więcej osób dotkniętych bezpłodnością, jak i fakt, że medycyna stara się temu przeciwdziałać, to efekt rozwoju cywilizacyjnego. Ludzie, którzy kiedyś przechodzili jakieś choroby w dzieciństwie i byli przez samą naturę eliminowani lub pozbawieni możliwości posiadania dzieci, teraz, dożywając wieku reprodukcyjnego, nawet z pewnymi defektami taką szansę mają. Jeśli uznajemy, że bezpłodność jest także chorobą, to nie widzę żadnych powodów, żeby także tej choroby nie leczyć.

B.H. - Trudno powiedzieć, że ludzie są sami sobie winni. Cywilizacja ludzka zmierza do tego, aby nasze dzieci, nawet te słabsze od przeciętnej, przeżywały. I one przeżywają. Nie można ich więc pozbawić najbardziej naturalnego prawa człowieka, jakim jest prawo do posiadania własnych dzieci.

Czyli nie tylko wyręczamy, ale wręcz staramy się zastąpić naturę.

B.H. - Nie można też zapominać o sytuacji społecznej. Jeśli w Polsce mężczyzna nie jest w stanie zapewnić rodzinie odpowiedniego statusu i kobieta musi pracować z powodów ekonomicznych, to niejako społeczeństwo samo wymusza na niej odkładanie rodzenia dzieci na okres jak najpóźniejszy, bo inaczej pozbawia się ją szansy znalezienia dla siebie miejsca na rynku pracy.

S.K. - Już dziś w krajach rozwiniętych aż 1 proc., czyli około miliona rocznie wszystkich noworodków, przychodzi na świat w wyniku zapłodnienia wspomaganego, a w Finlandii, która pod tym względem przoduje, aż 4 proc. I można być właściwie pewnym, że to zjawisko będzie wyłącznie narastać.


* Prof. Barbara Hulanicka jest pracownikiem Zakładu Antropologii Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu, zajmuje się problematyką rozwoju ontogenetycznego człowieka oraz wpływem stresu środowiskowego na rozwój ludzi. Jest autorką m.in. pracy "Dziewczęta z Górnego Śląska. Społeczne i ekologiczne uwarunkowania dojrzewania".

* Doc. Sławomir Kozieł jest pracownikiem Zakładu Antropologii PAN we Wrocławiu, zajmuje się problematyką rozwoju ontogenetycznego człowieka i antropologią ewolucyjną. Jest m.in. współautorem pracy "Transformacja ustrojowa w Polsce w świetle antropologicznych badań 19-letnich mężczyzn" oraz współredaktorem numeru pisma "Economics and Human Biology", poświęconego narastaniu otyłości w krajach Europy Wschodniej w okresie transformacji.

Gazeta Wyborcza, Mariusz Urbanek