Zapłodnienie "in vitro" wciąż budzi wiele emocji. Mało kto w Polsce ma odwagę się przyznać, że skorzystał w tej intymnej materii z dobrodziejstw medycyny. Rodzice Wojtusia, opowiadając o sobie, przełamali temat tabu.
Lekarze twierdzą, że jeśli przez pierwsze dwa lata małżeństwa kobieta nie może zajść w ciążę - powinna się leczyć. Gdy pani Elżbieta Zamysłowska wyszła za mąż, miała 27 lat i już po pół roku uznała, że nie ma na co czekać. Poszła do znajomego ginekologa. Kiedy dowiedziała się, że nie będzie mogła mieć dzieci, była przerażona.
- Wychodzę za mąż, zakładam rodzinę, a rodzina to przecież mąż i dzieci - wyznaje pani Elżbieta. - Dla mnie było to tak naturalne, że w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Kiedy nagle dotarło do mnie, że może być inaczej, zaczął się dramat.
Choroba jak wszystkie inne
Przypadkiem dowiedziała się, że w jednej z warszawskich przychodni stosuje się metodę zapładniania "in vitro". Pani Elżbieta poradziła się znajomej lekarki, przedyskutowała wszystko z mężem - mieli przecież z obcym człowiekiem rozmawiać o swoich najintymniejszych sprawach - i wreszcie postanowili spróbować.
- O zapłodnieniu "in vitro" i dzieciach z probówki czytałam już wcześniej - mówi. - Wtedy jednak traktowałam to jak sensację. Teraz już wiem, że bezpłodność to choroba, taka sama, jak wszystkie inne.
Dr Piotr Lewandowski, do którego poszła, potwierdził diagnozę - jeden jajowód niedrożny, jajnik po operacji nie produkuje jajeczek. Ponieważ sam nie wykonywał jeszcze zabiegów "in vitro", najpierw bez powodzenia próbował doprowadzić do zapłodnienia, wprowadzając do macicy nasienie. A kiedy dwa kolejne zabiegi nie przyniosły efektów, zaproponował wyjazd do Niemiec. Na to jednak Zamysłowscy nie mieli pieniędzy. Postanowili więc czekać. Do połowy 1994 roku, kiedy wreszcie mogła poddać się zabiegowi, pani Elżbieta przeszła specjalną kurację hormonalną, która miała zwiększyć szansę zapłodnienia. Z pięciu zarodków, które podał doktor, powstała jedna ciąża.
- Od początku strasznie się denerwowałam - zwierza się pani Ela. - Wydawało mi się, że dopadną mnie wszystkie nieszczęścia, że poronię, że dziecko będzie niepełnosprawne... Kiedy się czegoś bardzo chce, przychodzi na człowieka taki irracjonalny strach, że nie będzie się tego miało.
Szczęśliwe rozwiązanie
Po dziewięciu miesiącach w warszawskim szpitalu na Szaserów, po zwyczajnym w tego rodzaju porodach cesarskim cięciu, przyszedł na świat Wojtuś. Zdrowy, śliczny - urodził się 14 lutego, w same Walentynki.
Ma już dwa i pół roczku - pani Elżbieta patrzy z dumą na bawiącego się z tatą synka. - Przyjechaliśmy właśnie z wakacji i Wojtek głupawki dostaje z radości, że wrócił do domu. Wymarzyłam sobie, co prawda, bliźniaki wzdycha - żeby przejść przez to wszystko za jednym razem. Ale co tam. Poszliśmy do doktora jeszcze raz.
Od pięciu miesięcy pani Ela znowu jest w ciąży. Jest pierwszą kobietą, która przyszła do "nOvum" po... drugą ciążę. Dostała nawet za to od doktora Lewandowskiego specjalny rabat.
Z myślą o Wojtku chcę urodzić to drugie dziecko zwierza się. - Żeby nie był jedynakiem. Jednemu dziecku nie jest na świecie najlepiej - przytakuje pan Stefan, mąż pani Elżbiety. - Sam jestem jedynakiem, więc coś o tym wiem. Za drugim razem doktor zastosował tę samą metodę. Z jajeczek pobranych pod narkozą i plemników powstały zarodki, z których trzy podał pani Elżbiecie, a resztę zamroził. Kiedy po kilku tygodniach okazało się, że ciąży nie ma, rozmroził i podał kolejne trzy. Tym razem udało się.
I jeszcze braciszek...
Teraz jestem spokojniejsza - uśmiecha się pani Elżbieta, przykładając ręce do brzucha. - Chodzi mi nawet po głowie, żeby rodzić siłami natury, a nie z cesarskim cięciem. Umówiłam się już z mężem, że będzie razem ze mną. Żeby choć za rękę potrzymał. Za pierwszym razem bardzo mi go brakowało. Choć pani Ela jest osobą wierzącą i chodzi do kościoła, ani przez moment nie miała rozterek natury moralnej. Twierdzi, że metoda zapłodnienia pozaustrojowego jest niczym innym, jak wsparciem natury przez medycynę. I że rodzą się z tego fantastyczne dzieci. Uważa też, że dla kobiety, która pragnie mieć dziecko, nieważna jest metoda, lecz efekt...
A efekt... Niech pan spojrzy - mówi wpatrzona w Wojtusia. - To przecież moje dziecko, najdroższe na świecie. A że
zostało poczęte w taki sposób... Cóż. Inaczej w ogóle by go nie było...
Tomasz Brunner
Przyjaciółka, 25-31 X 1997