Szacuje się, że w Polsce i na świecie 20-25% par ma problemy z poczęciem dziecka. Rozmiar tego zjawiska pozwala uznać go za przypadłość społeczną. Przypadłość tym bardziej skomplikowaną, że dotyka ona dwojga ludzi. Na szczęście medycyna nie jest już bezradna w takich przypadkach. 25 lipca 1978 r. w Anglii na świat przyszła Louise Brown, pierwsze „dziecko z probówki" (z łaciny in vitro - w szkle, ponieważ komórka jajowa jest zapładniana w szkle laboratoryjnym), poczęte poza organizmem matki. Szacuje się, że obecnie na świecie żyje ok 300 tys. dzieci poczętych dzięki zapłodnieniu pozaustrojowemu.
Jakie były początki nOvum? Dlaczego zajęliście się państwo właśnie leczeniem niepłodności?
Moja żona Katarzyna pracowała w Centrum Zdrowia Dziecka w ośrodku, który zajmował się metodą zapłodnienia in vitro. Poczętych tam zostało kilkadziesiąt dzieci, ale ośrodek zamknięto. Ja miałem kontakty ze specjalistami od leczenia niepłodności w Niemczech. Zaprzyjaźniliśmy się z biologiem polskiego pochodzenia Franciszkiem Kołodziejem, który pracował w Instytucie Płodności w Essen. Wyjechaliśmy tam się uczyć. Po powrocie, w oparciu o niemiecką szkołę i wyposażenie, otworzyliśmy przychodnię leczenia niepłodności.
Ile dzieci przyszło na świat dzięki nOvum. Chodzi mi zarówno o te poczęte przez zapłodnienie pozaustrojowe jak i inseminacje. Czy pamięta pan pierwsze „wasze" dziecko z probówki?
Inseminacyjne ciąże trudno zliczyć, bywa ich nawet ok. 200 rocznie. Natomiast ciąż z zapłodnienia pozaustrojowego mamy 743, w sumie wszystkich dzieci ponad 1500. Pierwsze nasze dziecko z probówki to był chłopiec. Jego mama pani Elżbieta Zamysłowska zdecydowała się u nas niedawno na drugie „zamrożone" dziecko. I z powodzeniem.
Ile par w Polsce ma problem z niepłodnością?
Mniej więcej jedna piąta w wieku rozrodczym. W ok. 40% przypadków przyczyna leży po stronie kobiety, w ok. 30-40% po stronie mężczyzny. Reszta to pary, gdzie i kobieta, i mężczyzna mają problemy z płodnością.
Dla kogo zapłodnienie pozaustrojowe nie jest odpowiednią metodą?
Podstawowym kryterium jest wiek kobiety. Duża grupa naszych pacjentek po prostu za wcześnie się urodziła. Teraz mają po czterdzieści kilka lat i jest dla nich za późno na zapłodnienie pozaustrojowe. U pań powyżej 43 roku życia nie mieliśmy żadnej donoszonej ciąży. Udawało się do niej doprowadzić, ale krótko po tym pacjentki traciły ciążę. Przeciwwskazaniem do vitro są także poważne schorzenia, np. gruźlica, nowotwory, nadciśnienie, wady genetyczne. Choroby te ujawniają się często dopiero podczas diagnostyki. Zdarza się, niestety, że niektóre pacjentki nie reagują na stymulację hormonalną, która poprzedza zabieg.
Ile razy można próbować zapłodnienia pozaustrojowego?
Nasza rekordzistka próbowała siedem razy, ale mieliśmy też panią, która w innym ośrodku poddała się 18 zabiegom. Jej wytrwałość została nagrodzona ciążą. Większość pacjentek, które mogą być w ciąży, ku uciesze naszej i własnej, zachodzi w nią za pierwszym razem. Jednak dopiero po trzecim czy czwartym nieudanym podejściu można powiedzieć, że para ma dużo mniejsze szansę na powodzenie. Ja radzę, jeśli np. sześć razy się nie udało w jednym miejscu, zmienić ośrodek. Może ktoś inny będzie miał szczęśliwszą rękę?
Niektóre pary rezygnują po kilku próbach, bo to przecież olbrzymie obciążenie psychiczne, no i nie ukrywajmy finansowe...
To prawda. W większości krajów europejskich zabiegi zapłodnienia pozaustrojowego refundują kasy chorych, np. w Niemczech kasa płaci za cztery-sześć prób. U nas całkowite koszty ponoszą pacjenci, mimo że WHO uznała niepłodność za chorobę społeczną, a na dodatek w Polsce spada przyrost naturalny. Niestety wiele par niepłodnych pozostanie bezdzietnymi, bo nie stać ich na leczenie. Jeśli pacjentka nie reaguje na leki, to bywa, że terapia zamiast kosztować kilka tysięcy złotych kosztuje 10 tysięcy i więcej.
Czy ludzie rozumieją, co to jest zapłodnienie pozaustrojowe?
Niestety bywają tacy, którzy traktują to zbyt lekko. Przychodzą nieraz bardzo młode pary, które trzeba studzić w ich zapałach. Jeśli badanie wykazuje, że mężczyzna produkuje wystarczającą ilość prawidłowych plemniki, kobieta została dokładnie przebadana i wszystko jest w porządku, to powinni dać sobie z rok, dwa na zajście w ciążę bez ingerencji medycyny. Ale są też młode pary, u których badania wykazały, że plemników jest bardzo mało. Wtedy od początku wiadomo, że zostaje im tylko mikromanipulacja i nie ma na co czekać. Staramy się uświadamiać pacjentom, zwłaszcza tym nadgorliwym, że to poważna terapia. Powinna być pozostawiona na koniec walki z niepłodnością, jeśli już nie ma innej możliwości zajścia w ciążę: zawiodły inseminacje, para współżyje ze sobą wiele lat, kobieta ma niedrożne jajowody. Przypominamy też, że zapłodnienie pozaustrojowe nie jest terapią obojętną. Naraża pacjentkę na stres, ciążę mnogą, która jest ciążą wysokiego ryzyka. Oprócz tego poważne wydatki, często jeżdżenie setki kilometrów na wizyty.
Medycyna wciąż idzie do przodu. Jak pan sądzi, jaki będzie kolejny krok w leczeniu niepłodności?
Możliwości pozostało już niewiele. Myślę, że teraz przede wszystkim będzie przybywać dobrych ośrodków zajmujących się leczeniem niepłodności. Kiedy ja zaczynałem przed 5-6 laty, w Niemczech było takich ośrodków trzydzieści kilka, teraz jest ponad 80. U nas były dwa, obecnie jest już kilkanaście, z tego dwa, trzy dobre. Sądzę, że szansy nie należy upatrywać w jakiejś nowej metodzie - teraz zasadniczo wszyscy stosują takie same procedury. Szansą jest większa dostępność leczenia niepłodności, a z nią więcej nadziei na doczekanie się potomstwa.
Iwona Kazimierska
Życie Warszawy, 1999 VII 26