Kiedy w przychodni "nOvum" dzwoni telefon i dr Lewandowski woła do słuchawki "Świetnie! Udało się!", wiadomo, że będzie święto. Gratulacjom nie ma wtedy końca.
W napięciu czekali na wynik. Próba ciążowa była negatywna. Paweł powtarzał: "Musimy bardzo mocno chcieć, wiara przenosi góry". "Boję się wierzyć - mówiła Basia. - Ile jeszcze prób mnie czeka? Ile zawiedzionych nadziei?".
Ewę od razu skierowano na in vitro. Gdy lekarz pobierał z jajników komórki jajowe, czuła szarpnięcia. Potem włożył komórki do probówki, dodał do nich plemniki męża... Pozwolił przyszłym rodzicom popatrzeć na szklane naczynie. "Tu zostało poczęte nasze dziecko" - myśleli. "Ale rozwinie się we mnie" - cieszyła się Ewa.
Na telefon z przychodni czekali 18 długich godzin. Gdy usłyszeli: "Są zarodki, można wykonać transfer", skakali z radości. By zwiększyć szansę, Ewie podano dwa zarodki. Ale ani jeden się nie zagnieździł. "Nic się nie stało, będzie następna próba" - myślała.
Dopiero po trzecim zabiegu zaszła w ciążę. I poroniła. Do doktora Lewandowskiego przyjechali z Januszem zrezygnowani. "Jedna z pacjentek decyduje się na in vitro szósty raz. Nie poddaje się. Wy też musicie być silni" - powiedział. Minęły dwa lata, zanim Ewa spróbowała ponownie.
- Doktor powtarzał, że nie możemy rozpaczać, że wtedy nic się nie uda - wspomina. - Zachowywał się tak, jakbyśmy byli z Januszem najważniejsi, jedyni na świecie. Bez jego wsparcia nie wytrzymałabym psychicznie.
Prowadziłem w pracy rozmowę z klientami, kiedy zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałem płacz, a potem słowa Basi: "Jestem w ciąży". Nie wiem, jak wytrzymałem do końca spotkania. Do domu biegłem jak na skrzydłach -wspomina Paweł.
Basia miała zrobić test ciążowy dwa tygodnie po zabiegu, ale już szóstego dnia nie wytrzymała. Zostawiła test w łazience, potem bała się tam wrócić. Chodziła po pokoju i zastanawiała się, jak przeżyje negatywny wynik. Potem przez szkło powiększające wypatrywała upragnionej kreseczki. Była! Po kilku dniach powtórzyła test. Kreska była mocno zarysowana. Pobiegła do telefonu, by jak najszybciej przekazać Pawłowi wiadomość. Najwspanialszą od lat.
Kiedy w Przychodni "nOvum" dzwoni telefon i doktor Lewandowski woła do słuchawki: "Świetnie, udało się! Proszę jak najszybciej przyjechać!", wiadomo, że będzie święto. Gratulacjom nie ma wtedy końca. - Gdy nie było już wątpliwości, że jestem w ciąży, lekarze cieszyli się razem ze mną. Podczas późniejszych badań USG zobaczyliśmy na ekranie bijące serce Kasi. Pomyśleliśmy wtedy, że to właśnie jest szczęście - opowiada Dorota.
Paweł z Basią lubili żartować: "A gdyby tak urodziły się bliźniaki?". Poważnie rozmawiali o jednym Kacperku. Badanie USG wykazało, że w Basi rośnie też Jakub. - W drodze powrotnej do domu śmialiśmy się jak szaleni. Tych dwóch małych chłopaczków sprawiło, że kochaliśmy cały świat.
Ale ciąża to dopiero połowa zwycięstwa. Do porodu zostało kilka miesięcy. Radości i jednocześnie strachu o dzieci. Ludzie, którzy walczyli siedem, dziesięć, czternaście lat, wiedzą, że muszą wytrwać jeszcze dziewięć miesięcy, nim stanie się cud.
Barbara doskonale zna ten strach. Jej organizm wytwarzał antyciała ciążowe, przez kilka miesięcy dostawała zastrzyki.
Dorota pokazuje zdjęcie zapłodnionej komórki jajowej. Potem wyciąga album: - Tu Kasia po porodzie... Na rękach u taty... Na pierwszym spacerze...
O dziecko zaczęli starać się wkrótce po ślubie. Kiedy minął rok, a ciąży nie było, lekarz orzekł, że Dorota ma przewężony jajowód. Leczyła się, jej mąż Maciej brał hormony na wzmocnienie plemników. Mijając na ulicy matki z dziećmi, pytała sama siebie: "Dlaczego to nie ja?". Zaglądała do wózków, uśmiechała się do niemowląt. Prawie każdej nocy powracał sen: stoi przed lustrem i widzi, jak rośnie jej brzuch. - Walczyłam o Kasię cztery lata - mówi.
Aleksandra i Artur po ślubie pojechali na wakacje do Włoch. Znajomy wywróżył im z ręki bliźnięta. Przez 13 lat gorzko wspominali tę przepowiednię. U Oli lekarze stwierdzili niski poziom hormonów i endometriozę utrudniającą zajście w ciążę. Przeszła trzy operacje. Przed każdą myślała: "Może wreszcie będę mogła urodzić". Kiedy wszystko zawiodło, rzuciła się w wir pracy. W firmie spędzała całe dnie, robiła karierę. Unikała rozmów o dzieciach. Nie chciała patrzeć na szczęście pełnych rodzin. Gdy Artur brał dzieci znajomych na ręce, odwracała głowę, by ukryć łzy.
Ewa i Janusz mieszkali po ślubie w domu jego rodziców. Ciągle słyszeli pytania: "Dlaczego tak marnie się staracie?". Janusz tłumaczył mamie, że Ewa musi się leczyć. "Jaka z niej żona, skoro nie daje ci dziecka?" - słyszał. Ewa płakała. Oboje żyli w napięciu. W końcu wyprowadzili się do jej rodziców.
Mijały lata, a oni obsesyjnie szukali wciąż nowych lekarzy. Wizyty w wielu gabinetach były koszmarem. Bywało, że zanim Ewa zdążyła o cokolwiek zapytać, doktor spoglądał na zegarek i informował, ile się należy. Miała coraz mniej sił, by walczyć.
Barbara czuła się gorsza od innych kobiet. Koleżanki w pracy rozmawiały o narodzinach dzieci, pierwszych słowach, anginach przyniesionych z przedszkola. Ona milczała i wyobrażała sobie, że u niej jest podobnie. Dręczyła się: "Nie jestem stuprocentową kobietą. Co będzie, jeśli nie dam Pawłowi dziecka?". Paweł nie mógł zrozumieć: "Jak możesz wątpić w nas i we mnie?".
Leczyła się hormonalnie. Co kilka miesięcy pojawiała się nadzieja. Potem - rozczarowanie. Telefonowała mama, a ona nie miała sił wyjaśniać, dlaczego znów się nie udało. Kiedy ostatni lekarz rozłożył bezradnie ręce, pomyślała, że widocznie tak ma być. Nigdy nie będzie mieć dzieci.
Beata i Zbyszek uznali, że rozsądniej będzie najpierw skończyć studia, znaleźć dobrą pracę, stworzyć dom, potem pomyślą o dziecku. Los układał wszystko tak, jak sobie zaplanowali. Po dwóch latach małżeństwa pojechali do rodziców z nowiną: "Będzie wnuk!".
Poronienie było dla Beaty wstrząsem. Wpadła w depresję. Minął rok, zanim ponownie zaczęli starać się o dziecko. Bez skutku. Lekarze zalecali spokój, wysyłali do sanatorium. Z każdym rokiem szansa była coraz mniejsza. Kiedy Beata kolejny raz miała jechać do Ciechocinka, Zbyszek zdecydował: "Dość. Musi być inny sposób. I my go znajdziemy!".
Na ścianach warszawskiej Przychodni "nOvum" wiszą fotografie. Jest ich tyle, ile dzieci zostało tu poczętych metodą in vitro - blisko sześćset. Ze ścian uśmiechają się buzie niemowląt, szczęśliwi rodzice, wzruszeni lekarze. Bezdzietne pary, wpatrując się w zdjęcia, mocniej ściskają się za ręce. Może za rok, dwa doktor powiesi tu fotografię ich dziecka?
W drzwiach przychodni pojawia się Aleksandra ze śpiącą w wózeczku Zosią. Za nimi Artur ze Stasiem na rękach. - My do doktora - mówią do recepcjonistki, wskazując na dzieci. - Przyszliśmy się pochwalić. - Chodźcie, chodźcie! - dr Piotr Lewandowski, kierownik "nOvum", wychyla się z gabinetu. - Są u mnie pacjenci, którym chcę pokazać wasze bliźniaki. Na szczęście!
Aleksandra z Arturem opowiadają dwojgu załamanym ludziom, że jeszcze dwa lata temu oni sami byli beznadziejnym przypadkiem. A jednak się udało. Mężczyzna w średnim wieku spogląda na dzieci z nadzieją. Kobieta płacze.
-Przychodzą do nas nieszczęśliwi ludzie - opowiada dr Lewandowski. - Opowiadają, że nie chce im się żyć. Pokazuję im inkubatory, w których na szklanych płytkach rozwijają się embriony. Mówię: postaramy się, żeby znalazły się tutaj wasze dzieci, ale uprzedzam, to nie będzie łatwe.
- Każda para musi poddać się szczegółowym badaniom, które określą przyczynę niepłodności. Potem zwykle stosujemy leczenie hormonalne. Niektórym pacjentkom najpierw zalecamy inseminację, inne od razu kierujemy na in vitro - dodaje dr Katarzyna Kozioł, kierownik laboratorium.
Barbara przed inseminacją przyjmowała zastrzyki stymulujące jajniki do pracy. Paweł dostarczył w pojemniku plemniki. Trzeba było je wyselekcjonować, dopiero potem można było przekazać Basi. Denerwowali się, mieli dziesięć procent szans. Kiedy doktor podawał Basi nasienie, Paweł trzymał ją za rękę.
- Którejś nocy obudziłam się i z przerażeniem stwierdziłam, że krwawię. Zdenerwowani zadzwoniliśmy do doktora Lewandowskiego. Uspokajał nas, że czasem tak bywa, ale jeśli te objawy nie ustąpią, mamy jak najszybciej przyjechać. Później już nie było problemów. Ale tamtej nocy nigdy nie zapomnę - Basia, patrząc na śpiące maluchy, nie kryje wzruszenia.
Ewa przez pierwsze trzy miesiące ciąży miała potworne bóle. Zaczynały się wczesnym popołudniem, ustępowały w nocy. Minęły, ale lekarz zalecał pobyt w domu.
- Siedziałam w mieszkaniu i myślałam: co będzie? Wracały bolesne wspomnienia. Bałam się, że znów stracę dziecko. Bliska depresji, wróciłam do pracy. A potem urodziła się Krysia. Jak na zamówienie! Zawsze chciałam mieć córeczkę.
Zosia i Staś - wywróżone bliźniaki - po urodzeniu miały poważne kłopoty z oddychaniem. Zostały umieszczone w inkubatorze. Aleksandra i Artur przyglądali się im przez szybę. Dodawali sobie otuchy: "One nie mogą zniknąć z naszego życia! Los nam je dał, wynagrodził 13 lat oczekiwania. Czy po to, by je odebrać? Zadać jeszcze większy ból? Przecież to niemożliwe!".
Gdy bliźnięta przyjechały ze szpitala, dom Aleksandry i Artura nie był tym samym domem. Niby jak dawniej siedzieli przy stole, pili herbatę, rozmawiali. Ale w sypialni spały dzieci. To już było zupełnie inne życie.
Dorota pamięta dzień, kiedy usłyszała, że jajeczko przyjęło się w jej łonie. Była szczęśliwa. A wieczorem, oglądając telewizję, trafiła na dyskusję o zapłodnieniu in vitro. Przedstawiciel Izby Lekarskiej mówił o etycznej stronie poprawiania natury, ksiądz o duszy zamkniętej w probówce. "Złożenie nasienia poza narządami rodnymi kobiety jest grzechem". "Zamrażanie komórek to jak aborcja". "Dziecko nie powinno być owocem in vitro, czyli moralnie niedopuszczalnych technik medycznych, ale miłości rodziców" - usłyszała. I poczuła się tak, jakby ktoś chciał jej odebrać prawo do macierzyństwa.
W poczekalni Przychodni "nOvum" nie ma ani jednego wolnego miejsca. Pytanie o kwestie etyczne budzi oburzenie wśród oczekujących na wizytę par: - Oddałabym wszystko, żeby urodzić - mówi jedna z pacjentek. - Mam już 45 lat, próbuję ostatni raz. Gdyby in vitro było bardziej znane wcześniej, może byłabym dziś matką? Życie bez dzieci jest puste. Jak można potępiać ludzi za to, że pragną je mieć? To nie kaprys, to nasze prawo.
Trzydziestoletnia kobieta dodaje: - Spytałam znajomego księdza o stosunek do in vitro. Doradził adopcję. Powiedziałam: "Ale my chcemy mieć własne dzieci. Co mamy zrobić?". Odparł: "Nie wiem. Jedno jest pewne: nie można poprawiać Pana Boga".
- Nie wyobrażamy sobie, by Bóg miał nam za złe, że chcemy mieć dziecko - dodaje jej mąż. - My Go nie poprawiamy. Przecież bez Jego pomocy nic by się nie udało.
- Nie łamiemy prawa o ochronie życia poczętego - mówi dr Katarzyna Kozioł. Pokazując pojemniki z zamrożonymi embrionami, wyjaśnia: - By zwiększyć szansę na ciążę, zapładniamy kilka komórek jajowych. Pacjentkom podajemy dwa, wyjątkowo trzy zarodki, resztę zamrażamy w ciekłym azocie. Para może je wykorzystać wtedy, gdy pierwsza próba się nie uda albo gdy zdecyduje się na kolejne dziecko. Może też przekazać je innemu małżeństwu. Przechowywanie zamrożonych embrionów służy ochronie życia.
Rodzice, którzy po latach starań mają upragnione dziecko, uśmiechają się na myśl o drugim. - To niesamowite, że nasze komórki czekają w przychodni. Następne dziecko planujemy za rok. Będziemy myśleć o nim już we troje, z Krysią - mówi Ewa.
- Ale nie wszyscy będą wiedzieć, że nasze dzieci są poczęte In vitro - dodaje Janusz. - Po co?
Rodzice dwuletniej Ani, mieszkający w małym miasteczku pod Warszawą, nie powiedzieli nikomu, że nie mogą mieć dzieci. Gdy ich córka przyszła na świat, nie zdradzili, że to dzięki in vitro. Znają historię ludzi, którym ktoś na bramie domu naklejał kartki z napisem "Dziecko z probówki to grzech". - Nie możemy przewidzieć reakcji sąsiadów i proboszcza. My dalibyśmy sobie radę z brakiem tolerancji, ale nie wyobrażamy sobie cierpienia naszego dziecka.
Dorota postanowiła przekonać ludzi, że w in vitro nie ma nic złego. O jej Kasi wie rodzina, znajomi i sąsiedzi z bloku. W przyszłości opowie córce jej historię, pokaże fotografie komórek.
- Walczyliśmy o nią z Maćkiem, daliśmy jej życie. To powód do dumy i radości, nie wstydu - mówi.
Kiedyś na spacerze przedstawiła córkę dawnej znajomej: "To Kasia. Gdyby nie in vitro, nigdy nie przyszłaby na świat". Kobieta chwilę stała zdumiona, potem uśmiechnęła się: "Śliczna, zdrowa córeczka. Dać komuś życie... to wielkie szczęście".
Marie Claire, str. 23-26