Według WHO niepłodność jest chorobą społeczną, na którą cierpi co piąta para w wieku rozrodczym. W jednej trzeciej przypadków przyczyny leżą po stronie kobiety, w jednej trzeciej zależą od mężczyzny, w jednej trzeciej są wspólne. Tak właśnie było w przypadku Urszuli i Steffen.
Jednym z bardziej obleganych wątków w portalu Gazeta.pl jest forum „Niepłodność".
Agula pyta: "Jak radzić sobie z psychiką? Leczymy się z mężem od kilku lat. Laparoskopia, trzy inseminacje, dwa razy in vitro i już dalej nie mogę! Łzy, łzy i jeszcze raz łzy, gdy się nie udawało. Umierały nadzieje i plany, wtedy, w tym momencie, umierał cały świat. Potem znów nadzieje. Czasami zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje? Co zrobiłam nie tak?".
Odpowiada jej Fionka: "Agula, psychika zawsze jest bardzo osłabiona, kiedy czegoś chcemy i wmówimy sobie, że bez tego nie będziemy szczęśliwe. Ja walczę z moim obsesyjnym myśleniem o dzidziusiu od ładnych paru lat. Przechodzę okresy, kiedy nie chce mi się żyć, planować, robić czegokolwiek, i okresy, w których dochodzi do głosu trzeźwość myślenia: że przecież tyle jest słynnych bezdzietnych par, które prowadziły szczęśliwe i interesujące życie. Życie bez dzieci też może być interesujące. Bo to jest nasze życie i tylko my możemy zrobić z niego koszmar, zadręczając siebie i najbliższych jedynym: »Nie mogę urodzić dziecka«. Ale modlę się o ciążę codziennie. I będę się starać do końca, aż lekarze powiedzą: »No cóż, jest pani za stara«. Wtedy odpocznę".
Kiedy dwoje chce mieć dziecko
Spotkali się na jakiejś imprezie towarzyskiej, poznali dzięki wspólnym znajomym. Drobna, szczuplutka Polka i brodaty, prawie dwumetrowy Duńczyk mieszkający i pracujący w Warszawie. On kilka lat po udanym przeszczepie szpiku kostnego. Kolejne spotkania, wzajemna fascynacja.
Urszula: - Myślę, że każda kobieta, kiedy poznaje swojego partnera, w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, czy z tym właśnie mężczyzną chciałaby mieć dziecko. Całe życie chciałam mieć dzieci i wiedziałam niemal od początku, jaka jest sytuacja. To była dla mnie strasznie ważna informacja, że Steff ma zamrożone nasienie.
Dziesięć lat temu Steffen zachorował. Czuł się coraz słabszy, coraz bledszy, wiecznie marzł. Lekarz, badania, szpital, diagnoza jak wyrok: białaczka. W Centrum Onkologii w Kopenhadze zakwalifikowano go do przeszczepu szpiku kostnego.
- Wszystkim pacjentom, którzy mają przejść przez naświetlania i chemioterapię, lekarze w Danii proponują oddanie nasienia do banku - wyjaśnia Steffen. - Nawet nie miałem jeszcze wtedy dziewczyny, nie myślałem o dzieciach, skoro lekarze dawali mi 50 proc. szans na przeżycie. To raczej moi rodzice myśleli o dalszej przyszłości. „Ale może kiedyś"- pomyślałem.
Nasienie oddawał w trzech porcjach w ciągu dziesięciu dni. W pierwszej próbce było 60 proc. ruchliwych plemników, w drugiej 15 proc, w trzeciej już tylko 3 proc. To efekt postępów choroby. Do niedawna wszystkie próbki leżały w banku nasienia w Centrum Onkologii w Kopenhadze.
Odnaleźli się w korcu maku
Pobrali się półtora roku temu. Od początku oboje chcieli mieć dzieci i oboje wiedzieli, że będą mieć kłopoty. Znacznie większe niż inne pary.
- Nie ma co myśleć i rozważać, co by było, gdyby się nie udało - uważa Steffen. - Gdyby się nie udało, pewnie zdecydowalibyśmy się na adopcję, bo wtedy by było sprawiedliwie. Dziecko nie byłoby ani moje, ani Urszuli, tylko nasze.
Urszula: Dobraliśmy się jak w korcu maku, bo jedno do drugiego nie mogło mieć pretensji. Ula już w wieku kilkunastu lat wiedziała, że będzie miała kłopoty z zajściem w ciążę. Z powodu schorzenia jajników miesiączkowała nieregularnie, czasem przerwy trwały pół roku.
Lekarze pocieszali ją: to się jeszcze zmieni, jesteś młoda. Już przed ślubem byli zdeterminowani, by sięgnąć po pomoc medyczną. Urszula przeczytała wszystko, co było dostępne w prasie. Rozmawiała z koleżanką w pracy, która kilka lat wcześniej przeszła kurację i ma dziecko z probówki.
Prawie dwa lata temu, jeszcze przed ślubem, zgłosili się do nOvum, prywatnej przychodni leczenia niepłodności. Od razu, z powodu spodziewanych złych parametrów nasienia męża, Ula została zakwalifikowana do mikromanipulacji.
- Po kilku latach mrożenia nasienie najczęściej nadaje się tylko do techniki, w której podaje się do komórki jajowej jeden plemnik - wyjaśnia dr Piotr Lewandowski, kierownik przychodni.
Z walizką na śniadanie
Żeby mogło dość do zabiegu mikromanipulacji, najpierw Urszula i Steff musieli rozwiązać problem transportu nasienia z Kopenhagi do Warszawy. Samolot wykluczyli ze względu na środki ostrożności na lotniskach: nikt im nie mógł zagwarantować, że celnicy nie zajrzą do termosu albo że go nie prześwietlą. Dokumenty z kliniki w Kopenhadze i z warszawskiej przychodni nOvum mogły się okazać niedostatecznym zabezpieczeniem w dobie walki z terroryzmem. Wiedzieli, że istnieją firmy kurierskie, które specjalizują się w przewozie delikatnych przesyłek, ale nie wiedzieli, czy mogą im do końca zaufać. Największe zaufanie mieli do siebie. Zapadła decyzja, że przesyłkę przewiozą osobiście, promem, by uniknąć większości barier antyterrorystycznych. Próbki były w specjalnym termosie z ciekłym azotem, termos obłożony poduszkami w celu lepszej izolacji, a wszystko razem w walizce, z którą nie rozstawali się ani na chwilę - z walizką na kolację, z walizką na śniadanie, z walizką na pokład.
- Podejrzewam, że profesjonalny transport medyczny odbywa się na innych zasadach. To była nasza jedyna szansa na dzieci - mówi Urszula.
Lekarka w Kopenhadze, oddając mu depozyt, uprzedziła, że po tak długim czasie od zamrożenia nie ma żadnej gwarancji, że w nasieniu żyją plemniki. W Warszawie Steffen przez dwa miesiące codziennie robił Urszuli zastrzyki podskórne (w brzuch). Przy pierwszych miał tremę, ale szybko nabrał pielęgniarskiej wprawy. Któregoś dnia musiał wyjechać służbowo, Urszuli trzęsły się ręce, kiedy musiała sama wstrzyknąć sobie hormony. To były ciężkie dni. Pobudzana hormonami reagowała impulsywnie. Każda wylana herbata urastała do rozmiaru tragedii, w pracy jeszcze się jakoś kontrolowała, w domu nerwy puszczały.
- Ja nie mam pretensji, że ty tak ciągle wybuchasz, ale powiedz chociaż „przepraszam", kiedy ci już przejdzie - poprosił kiedyś mąż.
Transfer zarodka udał się już za pierwszym razem. Mieli szczęście, bo zwykle trzeba dwóch-trzech zabiegów, żeby doszło do ciąży z zapłodnienia pozaustrojowego, takie wyniki osiągają tylko najlepsze placówki. Teraz, w trzecim miesiącu ciąży, nie powinno być jeszcze widać brzuszka, ale u Urszuli rysuje się wyraźnie. To efekt stymulacji hormonalnej przed zapłodnieniem in vitro.
- To nasza fasolka - Urszula pokazuje zdjęcie USG.
Tylko wprawione oko jest w stanie rozpoznać na zamazanym obrazku małą istotkę. To zdjęcie przesłali e-mailem dziadkom do Danii. Cieszą się, tata Steffena wybiera się z wizytą do Warszawy, żeby skontrolować sytuację na miejscu. Zobaczyć na własne oczy, że syn może mieć potomka.
Gdzie się leczyć
- Dlaczego nie w Danii? Wszyscy mnie o to pytali, nawet doktor Lewandowski z nOvum. Liczyliśmy się z tym, że będzie trzeba podjąć kilka prób, co by oznaczało, że musielibyśmy się tam przeprowadzić, być może na kilka lat. Rzucić pracę, zaczynać wszystko od nowa. Dla mnie ważna była możliwość porozumienia się z lekarzami. Przed kuracją dostaliśmy do przeczytania obszerne opracowanie (Steffen dostał je po angielsku), uprzedzono nas o wszystkich możliwych powikłaniach - mówi Urszula.
Jej ciąża została zarejestrowana jako 1722. z zapłodnienia pozaustrojowego w nOvum. W Polsce jest wiele ośrodków wspomaganego rozrodu, ale pacjent przed dokonaniem wyboru nie jest w stanie dowiedzieć się niczego o skuteczności ich działania: oficjalne rankingi nie istnieją.
Docent Waldemar Kuczyński, przewodniczący sekcji płodności i niepłodności Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego: - Jesteśmy dopiero na etapie wdrażania krajowego rejestru danych o sytuacji w leczeniu niepłodności. Ostatnie dane, które raportowałem do European Society of Human Reproduction and Embriology, pochodziły zaledwie z czterech polskich ośrodków i obejmowały 2 tys. cykli leczenia. W ostatnich dwóch latach liczba ośrodków wzrosła, ciągle powstają nowe. Wiem o istnieniu 24, ale nic nie wiem o jakości pracy i wynikach większości z nich. Próbujemy opanować tę sytuację i wprowadzić system akredytacji, który umożliwiłby nadzór nad nimi i zapewnił odpowiednią jakość leczenia.
O różnicach w jakości leczenia najwięcej można się dowiedzieć od pacjentów. Ich relacje można znaleźć w internecie, na forum dyskusyjnym „Niepłodność" portalu Gazeta.pl albo w portalu www.nasz-bocian.pl. Koszty leczenia są olbrzymie, w całości ponoszą je pacjenci. Leki nie są refundowane nawet w części, koszty procedur medycznych ponosi pacjent, niezależnie, czy jest leczony w placówce publicznej, czy prywatnej. Według doc. Kuczyńskiego ceny zabiegów wahają się od 5 do 15 tys. przy tej samej procedurze. Skuteczność w poszczególnych ośrodkach też znacznie się różni, ale pacjent nie wie, czy tanio to jest rzeczywiście tanio, skoro ośrodek nie podaje statystyk.
- Tylko nOvum, na naszą prośbę, udostępniło nam swoje statystyki, które podajemy w internecie - mówi Ewa Pałasz z portalu Nasz Bocian.
Urszula: - W poczekalni nOvum spotykałam kobiety na różnym poziomie zamożności, nie tylko w futrach i na wysokich obcasach. Niektóre poświęcają cały majątek, zapożyczają się u rodziny, biorą kredyty, byle tylko mieć dziecko. To jest desperacja - ja wszystko zrobię, byle mieć szansę. Dlaczego polski system nie uważa niepłodności za chorobę?
Może będzie rozgrzeszona
Steffen jest protestantem, Urszula wychowała się w wierze katolickiej. Nie może zrozumieć, dlaczego techniki wspomaganego rozrodu są dla katolików zakazane. Przecież w Biblii, którą kilkakrotnie czytała, jest mowa o cudach. Dla Uli cudem są możliwości współczesnej medycyny, przeszczepy nerek, serca, in Vitro. Nie rozumie, dlaczego inne religie chrześcijańskie wywodzące się z tego samego Pisma nie ograniczają w ten sposób swoich wiernych. Kiedy leżała w szpitalu, jej salę odwiedził ksiądz. To nie była spowiedź, ale dyskusja światopoglądowa.
Dowiedziała się od księdza, że dziecko poczęte in vitro nie może być ochrzczone. Ksiądz jej tłumaczył, że rodzice, oddając dziecko do chrztu, zobowiązują się, że wychowają je w wierze katolickiej, a sami przy poczęciu popełnili grzech. Rozmowa odbywała się głośno w sali chorych. Dwie pacjentki, które tam leżały, były wstrząśnięte. Zaczęły ją pocieszać. Ksiądz chyba też zadręczał się tą rozmową, bo później wrócił. Przyszedł i powiedział, że wierzy, że dobry Bóg będzie rozgrzeszał według intencji. Jeśli ktoś uważa, że dając w ten sposób życie, nie czyni nic złego i postępuje w zgodzie z własnym sumieniem, to będzie rozgrzeszony. Urszula nie ma wątpliwości. Jej mąż nie ma wątpliwości. Cieszą się oboje.
Elżbieta Cichocka
Wysokie obcasy, nr 48, 2002 XI 30