Lekarze pomogli im zostać rodzicami

Gdy Małgosia i Tomek ujrzeli i przytulili swoją małą córeczkę, ich radość nie miała granic. Na jej narodziny czekali cierpliwie kilka długich lat. Maleństwo przyszło wreszcie na świat w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego.

Ewa - to było ukochane imię żeńskie mojego męża - z uśmiechem mówi pani Małgorzata. Ona i jej mąż Tomasz byli typowym młodym małżeństwem. Nie od razu chcieli mieć dziecko, najpierw postanowili się wyszaleć.

Oboje pracowali w Locie. Szybko udało im się zdobyć finansową stabilizację. Po czterech latach małżeństwa doszli do wniosku, że do pełni szczęścia brakuje im już tylko dziecka. Urządzili mieszkanie, z dziecięcym pokoikiem, i... pani Małgosia zaczęła niecierpliwie czekać na koniec każdego cyklu. - Wtedy zaczął się nasz dramat - opowiada pan Tomasz. - Po kilku miesiącach prób Gosia ciągle nie mogła zajść w ciążę. Była coraz bardziej przerażona. Zaczęła sobie wmawiać, że jest bezpłodna. Ciągle płakała...

Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że to dopiero początek walki o dziecko. Że będą musieli przejść kilkadziesiąt badań, wydać oszczędności, przeznaczone na samochód dla pani Gosi. Czekali 730 dni i nocy, nie tracąc nadziei.

Największy cud świata

Pani Małgosia stała się strasznie nerwowa, najmniejsze głupstwo wyprowadzało ją z równowagi. Dręczyło ją poczucie winy.
- Gdy widziałam na spacerze kobiety z wózkami, odwracałam głowę - wspomina. Czytała książki na temat bezpłodności. Prawie we wszystkich autorzy informowali, że kobiety na ogół mają problem z namówieniem mężów na badania. - Mnie Gosia nie musiała do niczego namawiać - mówi pan Tomasz. - Liczyło się tylko dziecko. Skoro bez badań się nie udaje, zrobię dokładnie to, czego będą wymagać ode mnie lekarze.

Udali się do warszawskiej kliniki leczenia niepłodności, kierowanej przez doktora Piotra Lewandowskiego. Jej adres dostali od znajomej stewardesy, która tam się leczyła i poczęła córkę metodą in vitro. Stąd nadzieje pani Małgosi, że jej też się powiedzie. Opracowano plan badań i zabiegów na najbliższe tygodnie.

Najpierw miało być zbadane nasienie. - Pielęgniarka wręcza człowiekowi mały, plastikowy pojemnik, prowadzi do pokoju, zamyka za sobą drzwi i zostaje się sam na sam z tym naczyńkiem w garści... Na szczęście mieszkaliśmy w pobliżu kliniki, więc lekarz zgodził się, żebym zrobił to w domu - wspomina pan Tomasz.
- Ja po swoje wyniki szłam jak na ścięcie - mówi pani Małgorzata.
- Byłam pewna, że usłyszę: "Nie może pani mieć dzieci". Tak strasznie bałam się tego wyroku... Ale okazało się, że jestem zdrowa. Lekarz zapewnił mnie, że w każdej chwili mogę zajść w ciążę. Dlaczego więc nie zachodzę? "Być może pani za bardzo pragnie dziecka", usłyszałam.

Mówią o sobie, że są wierzący, ale niepraktykujący. Choć Kościół jest przeciwny sztucznemu zapłodnieniu, dla nich dziecko poczęte in vitro nie rodzi się wbrew prawom natury. - Przekazanie życia to największy cud świata. Gdyby Bóg nie chciał, aby dzieci rodziły się w wyniku sztucznego zapłodnienia, nie dopuściłby do wynalezienia takiej metody - mówi pan Tomek.

Nic im me może zastąpić wspólnych chwil we troje. Dziecko jest dla nich największym skarbem, nie liczą więc kosztów, jakie musieli ponieść, aby Ewa mogła przyjść na świat.

Latem 1998 roku zaproponowano im inseminację, metodę najbliższą naturalnemu zapłodnieniu. Wtedy poczęcie następuje w łonie matki. Lekarz wyjaśnił, że plemniki Tomasza będą przenoszone do macicy żony za pomocą strzykawki. Byli tak bardzo przepełnieni nadzieją, że nie miały dla nich znaczenia poniesione koszty. Mimo że cena jednego zabiegu wynosiła 300 złotych, przeprowadzono aż osiem prób. Żadna nie przyniosła oczekiwanego efektu.

Przyszła zatem kolej na zapłodnienie pozaustrojowe. Pani Małgosia musiała poddać się stymulacji hormonalnej. Zaaplikowano jej 30 zastrzyków. W efekcie miała objawy menopauzy: huśtawkę nastrojów, uderzenia gorąca. Potem nagle czuła się jak dojrzewająca nastolatka. Kuracja hormonalne była jednak niezbędna, by pobudzić organizm do wytworzenia jak największej liczby jajeczek, co zwiększało prawdopodobieństwo zajścia w ciążę.

Za pierwszym razem lekarze wyhodowali osiem zarodków. Sześć zamrożono, dwa przeniesiono do macicy. - Są tak piękne, że musi się udać - powiedział doktor.

Bocianowi trzeba pomóc

Ale na szczęście trzeba było jeszcze poczekać. - Gdy po 12 dniach dostałam miesiączkę, łzy same ciekły mi z oczu. Z całej siły zaciskałam zęby, żeby nie krzyczeć - wspomina pani Małgorzata. -Tomek nie pozwolił mi się poddać. Powiedział, że musimy próbować dalej, aż do skutku. - Kilka dni później Gosia poszła do wróżki - dodaje jej mąż. - Wróciła radosna jak skowronek, bo usłyszała, że będzie miała syna poczętego in vitro.

Bliższa i dalsza rodzina cały czas dopingowała ich do działania, mimo że sztuczne zapłodnienie jest w Polsce często tematem tabu. Zdarza się, że dzieci poczęte w ten sposób są napiętnowane, traktowane jak ufoludki.

- Żeby nas podtrzymać na duchu ciocia Bożenka, której córka mieszka w Danii, pokazała nam artykuł o następcy duńskiego tronu i jego małżonce, których syn urodził się dzięki zapłodnieniu pozaustrojowemu.

Alergia na męża

Lekarze doszli wreszcie do wniosku, że pani Małgosia może być uczulona na plemniki męża i dlatego nie zachodzi w ciążę. Ta diagnoza była zaskoczeniem. Okazało się, że muszą znaleźć lekarza, który podjąłby się sporządzenia uodporniającej szczepionki z krwi męża. Zrobił ją profesor Andrzej Malinowski z Wojskowej Akademii Medycznej. Aż dziesięć razy jeździli do Łodzi, gdzie w Centrum Zdrowia Matki Polki przeprowadzano zabiegi.

- Trwało to prawie rok. Za każdym razem rano pobierano mi krew, a po południu Gosia otrzymywała ją w postaci szczepionki. - wspomina pan Tomek. - Dzięki tym wyprawom staliśmy się miłośnikami sztuki - śmieje się pani Małgosia. - Zawsze w przyszpitalnej galerii kupowaliśmy na pamiątkę obraz lub piękny drobiazg.

W pewnym momencie pani Małgorzata straciła zaufanie do medycyny. Postanowiła spróbować niekonwencjonalnych metod. Przez rok chodziła do bioterapeuty, a przed drugim zabiegiem in vitro, w tajemnicy postarała się o błogosławieństwo Olego - naj­bardziej znanego nauczyciela japońskiego buddyzmu.

Miał być Piotruś, jest dziewczynka

- Wiedziałam, kiedy powinna wystąpić miesiączka, przecież żyłam z kalendarzem w ręku - wspomina pani Małgosia. - Jednak w maju, gdy gorączkowo przygotowywałam się do egzaminu z angielskiego, nie skupiłam się na obserwacji cyklu. Kiedy nie zaczęło się krwawienie, trochę to zbagatelizowałam, a może bałam się następnego rozczarowania?

Po 13 dniach test potwierdził, że jest w ciąży. Wreszcie pojawiła się różowa linia. - Rano Gosia wybiegła nagle z łazienki - mówi pan Tomasz. -Była blada, ręce jej się trzęsły. Wyglądała tak, jakby za chwilę miała zemdleć. Powtarzała tylko: "To nie może być prawda... To jakaś pomyłka" i cały czas płakała. Kiedy trochę się uspokoiła, powiedziała mi, że jest w ciąży.

- Tomek kilka godzin spędził przy telefonie. Najpierw zadzwonił do doktora Lewandowskiego, potem do rodziny. Każdemu po­wtarzał, jak katarynka: "Będziemy mieli dziecko!" – mówi pani Gosia.

Przez osiem tygodni byli przygotowani na bliźnięta, bowiem pierwsze badania wykazały, że oba zarodki zagnieździły się. Potem okazało się, że jeden z nich przestał dalej się rozwijać.

Ewa przyszła na świat 12 stycznia tego roku. Ważyła 3720 g i miała 56 cm długości. Pan Tomek cały czas asystował przy naturalnym porodzie. Dziś Ewa ma 9 miesięcy i dobrze już wie, że jest w rodzinie najważniejsza.

Piotr Szczepaniak
Claudia, nr 11, 2000 XI