Szklana kołyska

Dwadzieścia jeden lat temu w Wielkiej Brytanii urodziła się Luiza Brown - pierwsze dziecko poczęte poza organizmem matki. "In vitro", czyli "W szkle". Na świecie żyje już kilkaset tysięcy dzieci z probówki. W Polsce - około 2 tysięcy. Pierwsza dziewczynka urodziła się w listopadzie 1987 r. w Białymstoku.

Co piąta para ma problemy z wydaniem na świat potomstwa. Najczęstsze przyczyny to niedrożność jajowodów u kobiety oraz zła jakość nasienia u mężczyzny. Lekarze uważają, że ujemny wpływ mogą mieć stresy, degradacja środowiska, palenie papierosów i coraz późniejszy wiek, w którym kobiety decydują się na pierwsze dziecko.

Jajeczko pod mikroskopem

Istotą techniki zapłodnienia pozaustrojowego jest ułatwienie komór kom płciowym matki i ojca spotkania, do którego nie może dojść w organizmie kobiety. Odbywa się ono w plastikowej szalce-probówce. Aby zwiększyć prawdopodobieństwo poczęcia, powinno się w niej znaleźć od 5-10 komórek jajowych. W naturalnym cyklu z reguły dojrzewa tylko jedna. Dlatego kobietom najpierw podaje się środki pobudzające owulację. Intensywna terapia hormonalna (2 - 5 tygodni), wywołuje zwiększoną produkcję jajeczek. Kiedy osiągną dojrzałość, wydobywa się je z pęcherzyków (zabieg punkcji wykonuje się pod narkozą) i umieszcza w inkubatorze. Po kilku godzinach dodaje się specjalnie przygotowane nasienie ojca. Jajeczka, do których wniknęły plemniki, zaczynają się dzielić, co po kilkunastu godzinach już widać pod mikroskopem. "Na pięć komórek jajowych mogą być zapłodnione wszystkie, trzy albo żadna. To loteria" - mówi Piotr Lewandowski, ginekolog-położnik, prowadzący w Warszawie przychodnię leczenia niepłodności "nOvum".

Podróż do brzucha

Po dwóch dobach embriony wprowadzą się do macicy matki. Z reguły 2-3 (reszta jest zamrażana), żeby zwiększyć szansę. Niestety, stwarza to ryzyko ciąży mnogiej. "Średnio co trzecia nasza pacjentka rodzi bliźnięta. - informuje Piotr Lewandowski. - Traktujemy to jako powikłanie terapii. W okresie ponad czteroletniej działalności przychodni przyszły na świat czworaczki i sześć razy trojaczki". Około 70 -80 proc. zabiegów kończy się niepowodzeniem. Zarodki nie zagnieżdżają się w macicy albo, mimo udanej implantacji, następuje poronienie. Lekarze jeszcze nie wiedzą, dlaczego tak się dzieje.

Zamrożone embriony przechowywane są w laboratorium w specjalnych termosach jako własność pary małżeńskiej. Czekają na kolejną próbę lub do czasu, gdy rodzice zdecydują się na drugie dziecko. "Zabieg jest wtedy prostszy, ale szanse są mniejsze, ponieważ te najbardziej żywotne zarodki podaliśmy już matce" - tłumaczy doktor Lewandowski. Około połowa zarodków nie przeżywa procesu zamrażania i odmrażania. Lekarze twierdzą, że to naturalna selekcja.

Plemnik w strzykawce

Co trzecie niepłodne małżeństwo nie może mieć dzieci z powodu złej jakości nasienia mężczyzny. Przybywa pacjentów, w których nasieniu stwierdza się pojedyncze plemniki lub całkowity ich brak. Do niedawna medycyna nie potrafiła im pomóc. Dziś dzięki technice mikromanipulacji zostają biologicznymi ojcami. To odmiana klasycznej metody in vitro. Każdy plemnik jest wprowadzany bezpośrednio do wnętrza komórki jajowej pod mikroskopem, przy użyciu szklanej igły. Wstrzyknięcie plemnika nie jest równoznaczne z zapłodnieniem, ale daje nawet 80 proc. szans na powstanie zarodków. Jeśli w nasieniu brakuje plemników, szuka się ich w najądrzach lub jądrach. Zdarza się, że mężczyzna ma niedrożne nasieniowody i plemniki nie mogą wydostać się na zewnątrz. "Mikromanipulację, która jest techniką młodą, zaczęliśmy stosować ponad 2 lata temu, jako pierwsi w Polsce - podkreśla doktor Lewandowski. - Obecnie wykonują ją także inne ośrodki w kraju. Wcześniej takim parom mogliśmy zaproponować jedynie bank nasienia".

30 procent nadziei

W przychodni "nOvum" wykonano ponad 1500 prób zapłodnienia pozaustrojowego. 552 kobiety zaszły w ciążę, na świat przyszło 360 dzieci. Około 10 proc. takich ciąż kończy się poronieniem, zazwyczaj bardzo wcześnie. Większość kobiet decyduje się na następną próbę. Jedna z pacjentek przeszła ich siedem, zanim została matką. Kiedy urodzą, kobiety zrywają kontakt z lecznicą. Zapłodnienie in vitro w Polsce wciąż uważa się za gorszy rodzaj poczęcia. Ale w kolejce ustawiają się już następne pacjentki. Nie zniechęcają ich koszty ani to, że mają tylko 20 - 30 proc. szans na macierzyństwo. Dla nich jest to aż 30 procent nadziei.

Z trudem udało mam się dotrzeć do rodziców dzieci, które urodziły się dzięki metodzie in vitro. Kliniki nie ujawniają ich adresów, a pary pilnie strzegą swojej tajemnicy. Nie chcą o tym mówić, bo obawiają się reakcji otoczenia. Nie zgodzili się na zdjęcia. Jedynie rodzice Mateusza pozwolili nam pokazać ich 1,5-rocznego syna.

W dniu ślubu postanowili, że przez rok będą "uważać", a potem starać się o dziecko. Do tej pory się z tego śmieją. Starania zajęły im 6 lat i kosztowały ponad 150 milionów starych złotych. "W trzecim roku małżeństwa zaczęliśmy chodzić do ginekologów. Twierdzili jednak, że wszystko jest w porządku" - wspomina Lucyna. Pocieszali ich; jeszcze czas, to się zdarza. Lucyna z Marianem mieli po 26 lat. Nie chcieli dłużej czekać. Zrezygnowali z warszawskich specjalistów i znaleźli lekarza w Sieradzu. "Dopiero on zlecił mi wykonanie badań hormonalnych. Okazało się, że mam bardzo wysoki poziom prolaktyny, hormonu utrudniającego zajście w ciążę" - mówi Lucyna. Dostała leki na obniżenie, potem lekarz doradził inseminację. Pobrane od męża nasienie wprowadził bezpośrednio do macicy. Trzykrotnie poddała się temu zabiegowi. Bez powodzenia. Pytała z płaczem: "Dlaczego to padło na mnie? Za co?" Nikomu nie wyrządziła krzywdy. Obraziła się na lekarzy i na Pana Boga. "Kompletnie się załamałam. Powiedziałam mężowi, że skoro nie mogę dać mu dziecka, niech sobie ułoży życie z inną. Ale nakrzyczał na mnie. Mocniej niż ja wierzył, że będziemy mieli dziecko".

W 1995 roku trafili do "nOvum". Przychodnia była jeszcze placówką nową. Pamiętają, że w poczekalni wisiała tylko jedna tablica z fotosami narodzonych dzięki in vitro dzieci, a teraz wisi kilka. Nie przerażała ich probówka. Wiedzieli, na czym polega zapłodnienie pozaustrojowe i akceptowali tę metodę. Jeśli daje szansę, to dlaczego nie skorzystać? Na początek jeszcze dwie próby inseminacji. Bez efektu. A potem, w piątym roku zmagań o dziecko, ten najważniejszy zabieg, który odmienił ich życie. "Byłam po kuracji hormonami. Przez jeden dzień jajniki tak mnie bolały, że nie mogłam chodzić. Zabieg robiono nam w dniu urodzin męża. Pomyślałam: dobry znak" - opowiada Lucyna. Pobrano od niej jajeczka, Marian w małym pomieszczeniu, z egzemplarzem polskiego "Playboya", musiał stanąć na wysokości zadania i szybko dostarczyć porcję nasienia. Po wszystkim w probówce rozwinęło się osiem zarodków. Dwa tygodnie później pięć trafiło do brzucha Lucyny. Pierwsza próba zapoczątkowała ciążę. "Rozbeczałam się, gdy test wypadł pozytywnie. Zaczęłam pukać w niemalowane drewno. Przez pierwsze miesiące dręczyła mnie obsesja, że nie donoszę, że stracę dziecko. Cała rodzina pilnowała, żebym się oszczędzała, nie dźwignęła czegoś".

Mateusz urodził się 9 czerwca 1997 roku. Ważył ponad 3 kg, mierzył 54 cm. Jest zdrowym, żywym, pogodnym chłopcem. Wkrótce skończy półtora roku. Pomyśleli, że już czas "zafundować" mu siostrzyczkę. Trzy zarodki zostały zamrożone. Czuli się ich rodzicami. "Od początku wiedziałam, że jeśli tylko przetrwają zamrożenie, zdecyduję się na kolejną ciążę" - mówi Lucyna. Dzwoniła, by spytać o koszt. Niewielki - 400 zł. Niedawno wróciła po nie. Dwa, jeden nie przeżył, nosi już w brzuchu. W najbliższy wtorek próba ciążowa. Objawy wskazują, że chyba się powiodło, ale nie chce zapeszyć. W "nOvum" przewidują bliźniaki, bo zarodki były, podobno, przepiękne. Z mężem po cichu marzą o dziewczynce. Takiej małej Królewnie Śnieżce przebudzonej z zimowego snu. Na imię miałaby Sandra.

Tajemnicę zabiorą do grobu

Jeden z pokoi przygotowują już na przyjście dziecka. Kupili tapety, łóżeczko i całe stosy ubranek. Bartek urodzi się za 2 miesiące. Wiedzą, że będzie chłopiec, wykazały to badania USG. Długo na niego czekali. Jeszcze teraz Barbara nie całkiem wierzy, że zostanie matką. Adam odlicza dni do chwili, kiedy weźmie syna na ręce. Nieważne, że jego prawdziwym, biologicznym ojcem będzie inny mężczyzna. "Nie ten ojciec, który począł, tylko ten, który wychowa" - przekonuje.

Postanowili się zbadać, ponieważ zaniepokoił ich fakt, że po trzech latach małżeństwa nie doczekali się jeszcze potomka. "Byłem pewien, że to z winy Basi i że to ona będzie wymagała leczenia - mówi Adam szczerze. - Przecież prawie zawsze to kobiety mają problemy". Jednak to on okazał się niepłodny. Gdy lekarz oznajmił mu, że cierpi na azoospermię, nawet nie wiedział, co to znaczy. "Brak plemników w nasieniu" - wyjaśnił krótko doktor i doradził zabieg inseminacji. Oczywiście nasieniem innego dawcy. "Zgodziłem się od razu - wyznaje Adam. - Wiedziałem, że Basia nie brała pod uwagę adopcji. Pragnęła urodzić własne dziecko. Zrobiłem to dla niej". Barbara też nie miała oporów: "Pewnie, że wolałabym zajść w ciążę z mężem, ale skoro to było niemożliwe, uznałam, że muszę wykorzystać szansę". Dawcę dobrał lekarz na podstawie zdjęcia Adama oraz danych dotyczących wzrostu, wagi i grupy krwi. Trzykrotne próby zapłodnienia nie przyniosły jednak rezultatu. Postanowili poszukać innego lekarza, już nie w rodzinnym mieście, ale w Warszawie. Trafili do przychodni "nOvum". Ale i tu pierwsze trzy zabiegi inseminacji obcym nasieniem zakończyły się fiaskiem. Zdecydowali się wówczas na mikromanipulację. Badanie wykazało, że w jednym jądrze Adam ma plemniki. Wydobyto je i pipetką pod mikroskopem połączono z jajeczkami pobranymi od Barbary; "Oboje jeszcze parę godzin musieliśmy odsiedzieć. Koszmar". Z zapłodnionych jajeczek w inkubatorze rozwinęło się 8 embrionów. Niestety, z pięciu użytych do transferu ani jeden nie zagnieździł się w macicy. Kolejny zabieg i znów niepowodzenie. Następny - to samo. "W sumie miałam już siedem inseminacji, trzy transfery i wszystko na nic. Już nie wierzyłam, że się uda. Adam podtrzymywał mnie na duchu. Trzeba silnie chcieć, powtarzał. Zobaczysz, tym razem będzie ciąża".

To była ostatnia próba. Stymulacja hormonalna, narkoza, pobranie komórek jajowych. Było ich 18. Połowę połączono z plemnikami za pomocą mikromanipulacji, drugą techniką in vitro. Do zapłodnienia użyto już nasienia dawcy. Nic o nim nie wiedzieli. Zapewniono ich tylko, że z postury przypomina Adama. Gdyby mogli, wybraliby kogoś wykształconego, żeby dziecko nie miało trudności w nauce. Powstało 18 embrionów, co w "nOvum" uznano za swoisty rekord. Pierwszy transfer zapoczątkował ciążę. Barbara: "Miałam wrażenie, że stał się cud". Adam: "Po cichu liczyłem, że będzie dwójka. Za te pieniądze!" Przez ostatnie trzy lata pracowali i oszczędzali tylko na leczenie. "Mielibyśmy nie najgorszy samochód - mówią - ale nie mielibyśmy Bartka". O tym, w jaki sposób o niego walczyli, nie wie nikt, nawet rodzice. Bartek też nigdy nie pozna historii swego poczęcia. To tajemnica, której - przyrzekli sobie - nie wyjawią nawet na łożu śmierci.


6 pytań, które nurtują kobiety
Odpowiada dr Katarzyna Kozioł, specjalista w dziedzinie technik zapłodnienia pozaustrojowego.

1. ELLE: Do jakiego wieku kobieta może korzystać z zabiegów in vitro?
KATARZYNA KOZIOŁ: Staramy się nie narzucać sztywnych ograniczeń, ale gdy zgłasza się 45-latka, odradzamy zabieg. Trzeba respektować prawa fizjologii. Wiadomo, że 42 - 43 lata to wiek ostatniej szansy.
2. ELLE: Jaki procent dzieci rodzi się z defektami?
K.K.: Taki sam jak w całej populacji. Odsetek ten jest bardzo zbliżony i wynosi 2,7-3 proc.
3. ELLE: Czy przyjmowanie tak dużej dawki hormonów nie wywołuje niepożądanych efektów ubocznych?
K.K.: Pacjentki niepotrzebnie obawiają się, że utyją. Kuracja nie powoduje również nadmiernego owłosienia. Zdarza się jednak przestymulowanie jajników, które mogą osiągać nawet rozmiary grejpfruta. Tworzą się torbiele. Kobieta ma powiększony brzuch, niekiedy nudności, biegunkę i nie-
rzadko wymaga leczenia szpitalnego. Torbiele zanikają zazwyczaj w trakcie miesiączki lub po ok. 5 tygodniach ciąży. Powikłanie to zdarza się tylko u 1 - 2 proc. pacjentek.
4. ELLE: Czy samotne kobiety, które pragną urodzić dziecko, dzięki bankom nasienia ma­ją na to szansę?
K.K.: Nie. Uważamy, że dziecku potrzebny jest także ojciec, że powinno wzrastać w pełnej rodzinie.
5. ELLE: Czy kobieta może wybrać sobie dawcę nasienia?
K.K.: Może, ale nie tak, jak wybiera się towar z półki. Omawiamy tę kwestię z obojgiem małżonków. Dawcę dobiera się pod względem grupy krwi i wyglądu męża.
6. ELLE: Jaka jest gwarancja, że chłopiec poczęty z nasienia anonimowego dawcy, jako dorosły mężczyzna nie poślubi swej genetycznej siostry?
K.K.: Statystyczna możliwość takiego związku istnieje. Pilnujemy, żeby małżeństwa korzystające z nasienia tego samego dawcy dzieliła jak największa odległość. Poza tym jeden dawca może przyczynić się tylko do10. ciąż. A Polska to kraj prawie czterdziestomilionowy.


BANKI NASIENIA
W przypadku całkowitej niepłodności mężczyzny para może skorzystać z banku nasienia. Mężczyzna, który oddał plemniki i kobieta, która je przyjęła, pozostają anonimowi. Dawca musi mieć miły wygląd, minimum średnie wykształcenie i nie więcej niż 35 lat. Powinien mieć własne zdrowe dzieci. Bezdzietnym wykonuje się testy cytogenetyczne stwierdzające, czy nie są nosicielami choroby dziedzicznej. Dawca jest dwukrotnie badany: zaraz po oddaniu nasienia do banku (jeśli wyniki są ujemne, próbki się zamraża) i ponownie po pół roku, gdyż niektóre infekcje potrzebują kilku miesięcy, żeby się ujawnić. Jeśli i tym razem wyniki wypadną pomyślnie, zamrożone nasienie może być użyte do zapłodnienia. Kobieta ma pewność, że nie urodzi dziecka z chorobą weneryczną, wirusem HIV ani zapaleniem wątroby. Wysokie wymagania i konieczność badań sprawiają, że nie ma zbyt wielu chętnych do sprzedaży nasienia (cena za porcję: ok. 100 zł). Inseminacja nie jest zapłodnieniem pozaustrojowym. Nasienie po rozmrożeniu lekarz wprowadza do macicy pacjentki. Kriobanki spermy prowadzą ośrodki sztucznego zapłodnienia.

 

Alina Niedzielska
Elle