Zapłodnienie in vitro

Wskazaniem do zabiegu jest niedrożność jajowodów, endometrioza (choroba polegająca na nietypowym umiejscowieniu fragmentów tkanek zbliżonych budową do śluzówki macicy – poza macicą), całkowity brak lub mała ilość plemników męskim nasieniu, a także niepłodność idiomatyczna, czyli niewiadomego pochodzenia.

W Polsce zabieg jest pełnopłatny, można go wykonać w ok. 30 ośrodkach na terenie kraju – choć tylko kilka z nich może się poszczycić sporymi osiągnięciami. Przeciwwskazaniem do In vitro jest wiek pacjentki (powyżej 45. roku życia), niektóre choroby infekcyjne i ogólnoustrojowe, a także stan po leczeniu nowotworów hormonalnie zależnych.
Pacjentka po kwalifikacji i dokładnej diagnostyce otrzymuje hormony stymulujące jajeczkowanie, dzięki czemu można uzyskać więcej komórek jajowych. Lekarz kontroluje hormony i za pomocą USG monitoruje wzrastające pęcherzyki. Następnie, kiedy są już wystarczająco dojrzałe, pobiera komórki jajowe. Umieszcza je w odpowiedniej pożywce i łączy z preparowanym nasieniem. Coraz częściej konieczna jest przy tym mikromanipulacja (tzw. ICSI) – w przypadku bardzo małej ilości plemników w nasieniu wstrzykuje się plemnik bezpośrednio do komórki jajowej. Komórki, które zostały zapłodnione, po kilkudziesięciu godzinach zaczynają się dzielić. Dwu- lub trzydniowe zarodki przenosi się do macicy. Zwykle podaje się dwa zarodki, resztę natomiast zamraża się, aby później, w razie niepowodzenia, wykorzystać je przy następnych próbach do poczęcia kolejnych dzieci.

Blanka Żukowska szczęśliwa mama dwóch chłopców: trzynastoletniego Michała i dziewięciomiesięcznego Tymoteusza, urodzonego w wyniku zapłodnienia In vitro: Moja koleżanka twierdzi, że niepłodność jest chorobą duszy. To prawda! Ludzie powtarzają: „Wyluzuj się, przestań o tym myśleć, a ciąża sama przyjdzie”. Łatwo powiedzieć! Człowiek dotknięty tą przypadłością nie jest w stanie zapomnieć, myśleć o czymkolwiek innym, cieszyć się życiem. Trudno mu cokolwiek zaplanować, np. wyjechać gdzieś dalej, bo przecież w następnym cyklu może się udać, może będę…

Nigdy nie przypuszczałam, że ten problem będzie dotyczył właśnie mnie. Przecież kilka lat wcześniej zaszłam w ciążę bez żadnych problemów, urodziłam zdrowego chłopca. Gdy po sześciu latach zdecydowaliśmy się na kolejne dziecko, nie domyślałam się, że czekają nas lata walki.

Doskonale pamiętam wszystkie etapy leczenia: badania hormonalne, monitorowanie cyklu – najpierw pod okiem mojego ginekologa, następnie w specjalistycznej przychodni leczenia niepłodności nOvum w Warszawie. Na szczęście mąż był dla mnie oparciem: zdawał sobie sprawę, że niepłodność jest chorobą nie tylko kobiety. Nigdy nie miałam problemu z namawianiem go na badanie jakości nasienia. Chociaż to głównie ja umawiałam nas na wizyty w przychodni, on zawsze pojawiał się na czas.

Diagnoza, którą w końcu postawiono, brzmiała: mechaniczna niedrożność lewego jajowodu oraz przedwcześnie wygasła funkcja jajników. Szczególnie to ostatnie było dla mnie przykre, ale niestety, bardzo dokładnie określało mój stan, jeżeli jeszcze dodać do tego, że owulację miałam zwykle po pechowej „niedrożnej stronie”, łatwo zgadnąć, że sytuacja przedstawiała się niewesoło. Wszystko wskazywało na to, że jedynym wyjściem będzie zabieg In vitro.

Czy ludzie zdają sobie sprawę, jakie koszty trzeba ponieść, gdy bardzo się chce, lecz nie można zajść w ciążę? Sam zabieg to koszt ok. 10-12 tysięcy, (łącznie z lekami stymulującymi jajniki). Jednak to nie wszystko. Zanim zostanie podjęta decyzja o zapłodnieniu pozaustrojowym, trzeba się czasami poddać kosztownemu leczeniu: co najmniej raz w miesiącu wizyta w przychodni, badania hormonów, morfologia, posiewy nasienia, posiewy z pochwy…Do tego dochodzą koszty innych zabiegów, leków stymulujących pracę jajników, hormonów mających na celu podtrzymanie ewentualnej ciąży, badań jakości nasienia. Wydatki wcale się nie kończą, gdy już jesteś w ciąży. Bywało przecież, że codziennie przychodziłam do kliniki i często robiono mi USG. Do tego co drugi dzień badanie hormonów, zastrzyki z progesteronu…Wiem, że było warto i że zrobilibyśmy jeszcze więcej. Zastanawiam się tylko, czy ludzie, którzy nie mają takich problemów, wiedzą, jakie mają szczęście?

Jak wygląda zabieg In vitro? Otóż najpierw przez kilka tygodni trwa stymulacja hormonalna jajników, czyli podawanie hormonów, które mają zmusić jajniki do zwiększonej produkcji dojrzałych komórek jajowych. Hormonów nie przyjmuje się doustnie, lecz w postaci zastrzyków – podskórnych, głównie w brzuch, oraz domięśniowych. Trzeba je robić przez kilka tygodni, po kilka jednocześnie. Te podskórne, w brzuch, robi się samodzielnie. Są specjalne strzykawki, przypominające te do podawania insuliny, zaś do niektórych leków wykupywanych w aptece są dołączone igły, za pomocą których można samemu te leki aplikować. Przy robieniu zastrzyków bardzo pomocny okazał się mój mąż. Reszta rodziny moja mama, syn uciekała w popłochu, gdy tylko pojawiałam się na horyzoncie z igłą.

Zastrzyki nie są, jak wiadomo, rzeczą przyjemną i dlatego In vitro może się kojarzyć z wielotygodniowym bólem. Muszę jednak przyznać, że przy tak częstych iniekcjach można się do nich przyzwyczaić. Później, w pierwszym okresie ciąży, pobierano mi krew, aby zbadać wartość hormonów: HCG oraz progesteronu…Do tego co kilka dni zastrzyk z progesteronu. Pamiętam, jak niedługo przed porodem, kiedy leżałam już w szpitalu, ze spokojem obserwowałam wysiłki pielęgniarki, która nie mogła znaleźć mojej żyły. Gdy na ręce pojawiły się wielkie sińce, a siostra zaczęła mnie przepraszać, uspakajałam ją: „Ależ nic się nie stało, proszę spokojnie szukać żyły, ja jestem przyzwyczajona i zniosę każde wkłucie”.

Mimo, że hormony nie powodowały żadnych skutków ubocznych, tego okresu nie wspominam miło. Czułam, że robię coś wbrew sobie, miałam już serdecznie dość. Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy lekarz uznał, że moje komórki są już wystarczająco dojrzałe i że można je pobrać. Dzień, w którym miałam robioną punkcję, wspominam bardzo miło. Cieszyłam się, że nie muszę już przeżywać tych wszystkich stresów, że niczego już ode mnie nie będą wymagać, wreszcie się odprężę, spokojnie zasnę i zaczekam, aż lekarze zrobią swoje.

Niestety, odpowiedź mojego organizmu na stymulację była bardzo słaba. Po standardowym zestawie leków wyprodukował jedynie cztery komórki jajowe. Udało się z nich uzyskać tylko dwa zarodki. Podano mi oba jednocześnie, dwa dni po punkcji. To była moja pierwsza próba In vitro. Niestety nieudana.

Nie chcieliśmy już więcej próbować. Pary zazwyczaj mają więcej zarodków, które się zamraża po to, by podać je następnym razem. U nas było inaczej. Dlatego byliśmy pewni, że nie chcemy przechodzić przez to po raz kolejny. Zaczęliśmy poważnie myśleć o adopcji. Godziłam się z myślą, że już nigdy nie będę w ciąży.

Przekonała nas dopiero pani doktor Kozioł z przychodni nOvum. Tym razem miał to być nieco inny, krótszy rodzaj stymulacji, do tego doszła tzw. mikromanipulacja – wybrany plemnik jest wstrzykiwany bezpośrednio do komórki jajowej; komórka zaczyna się dzielić i po dwóch dniach zarodek jest podawany do macicy. To najprzyjemniejszy moment całej procedury! Nic nie boli, zarodki wreszcie trafiają tam, gdzie ich miejsce, czyli do brzucha mamy. Personel kliniki dba o jak najmilszą atmosferę podczas zabiegu, gra nastrojowa muzyka, gaszone jest światło, a potem przyszli rodzice i ich jeszcze nienarodzone dziecko zostają na chwilkę sami.

Za bardzo nie wierzyłam, że tym razem się uda. I byłam niezmiernie zdziwiona, gdy po dziesięciu dniach na teście brązowym zobaczyłam dwie wymarzone kreski.

Dlaczego tym razem się udało? Może rzeczywiście potrafiłam się bardziej „wyluzować”? wcześniej na forum internetowym poznałam ludzi, którzy mieli takie same problemy jak ja. Spotkaliśmy się kilkakrotnie, w końcu postanowiliśmy zarejestrować Stowarzyszenie na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”. Wreszcie miałam z kim porozmawiać, poznałam bratnie dusze, które miały taki sam problem jak ja. Okazało się, że na ten temat można nawet żartować, że np. „uprawiamy superbezpieczny seks” i że „nie grożą nam wpadki”. Może to mnie w końcu wyluzowało?

Samą ciążę wspominam bardzo miło. Pierwszy trymestr był prowadzony w przychodni, ale już w następnych mogłam wrócić do mojego lekarza. Czułam się świetnie, pełna energii opiekowałam się naszymi trzema psami, chodziłam z nimi na wystawy, odwoziłam syna do szkoły w innej miejscowości, pilnowałam budowy domu. W końcu okazało się, że przesadziłam, gdy ok. 30. tygodnia ciąży, podczas wystawy, podniosłam psa, aby go postawić na stoliku sędziowskim. Pojawiły się plamienia i skurcze, skróciła się szyjka macicy w rezultacie, w wyniku własnej głupoty, resztę ciąży spędziłam w łóżku. Synek urodził się nieco wcześniej, ale wszystko skończyło się dobrze.

Na koniec wspomnę jeszcze o stosunku starszego syna do mojej ciąży. Otóż bardzo przeżył niepowodzenie pierwszej próby, biorąc całą winę na siebie. Wydawało mu się, że nie udało się dlatego, że pochwalił się moją ciążą w szkole. Za drugim razem poprosiliśmy go, żeby nie opowiadał w szkole o naszych planach. Kiedy jednak przed samym porodem zapytałam go, czy rzeczywiście się nie chwalił, wyznał, że nic nie mówił…do czasu, aż siostra na religii poprosiła, żeby każde z dzieci podało jakąś intencję, w której chciałoby się pomodlić. I wtedy mój syn powiedział: „Żeby mamie udało się in vitro”. Wprawdzie Kościół nie pochwala zabiegów zapłodnienia pozaustrojowego, ale siostra odniosła się ze zrozumieniem do intencji mojego dziecka. Czy właśnie dzięki tej modlitwie jestem teraz mamą dziewięciomiesięcznego szkraba?


Dorota Ryniewicz, szóstym miesiącu ciąży, mama siedmioletniej Kasi:
Mogę chyba powiedzieć, że jestem jedną z rekordzistek: dziewięć prób in vitro. Po pierwszej urodziłam córeczkę, a teraz, po dziewiątej, już za trzy miesiące urodzę synka. Wszyscy pytają: Jak można tyle wytrzymać?

Cóż, nie dałam zniechęcić się ani wyrzucić, mimo że pan doktor Lewandowski z przychodni nOvum przed każdym kolejnym zabiegiem narzekał: „Po co mam znowu panią męczyć, narażać na koszty, czy nie lepiej dać sobie spokój?”. Ja jednak z niezmiennym uporem odpowiadałam: „Skoro mam jeszcze siłę, wy też musicie ją znaleźć”.

Myślę, że moja wytrwałość wynikała z pogody ducha i wrodzonego optymizmu. Zawsze wierzyłam, że następnym razem się uda, kolejne niepowodzenia zaś traktowałam bardzo naturalnie: Tym razem nie wyszło, ale normalnie, bez „wspomagania”, też nie zawsze wychodzi. Pary czekają na wymarzoną ciążę przez wiele miesięcy, często natura eliminuje już zapłodnione komórki jajowe. Dlatego nie należy się zadręczać, tylko cierpliwie czekać.

Nie wszystkie próby wymagały jednakowego wysiłku. Ponieważ moje jajniki bardzo słabo odpowiadały na standardową w tym wypadku stymulację hormonalną, część przygotowań do zabiegów udało mi się przejść na tabletkach wspomagających owulację i tzw. własnym cyklu przy jednym rosnącym pęcherzyku jajnikowym. Każdy, kto miał kiedykolwiek do czynienia z in vitro, wie, jaka to gigantyczna różnica łykać codziennie lekarstwo, zamiast robić sobie zastrzyk. Nie mówiąc już o różnicy w cenie!

Nie chcę przez to powiedzieć, że nie miałam w ogóle zamiaru dać za wygraną. Kiedyś powiedziałam sobie: do trzech razy sztuka. Problem w tym, że te trzy razy naprawdę wciąż nie wychodziły! A to komórki jajowe nie urosły, a to urosły pięknie, ale nie dały się zapłodnić. Za którymś podejściem, zapłodnione nie dzieliły się jak należy. Pamiętam też przypadek, gdy cewnik, przez który podawane są zarodki, wypełnił się krwią i transfer nie wyszedł. Myślałam: trzy „pełnowartościowe” próby i koniec. Ta obecna próba była trzecia. Jestem w ciąży.

Gdy przypominam sobie moje pierwsze zabiegi siedem lat temu, widzę, jak bardzo medycyna poszła naprzód. Wtedy po serii zastrzyków czułam się fatalnie, miałam typowe objawy klimakterium, z uderzeniami gorąca, bólami głowy, chwiejnością nastrojów. Podczas obecnej stymulacji nie miałam żadnych dolegliwości. Leki są coraz lepsze i coraz naturalniej traktuje się ciążę, której początek miał miejsce na szkiełku pod mikroskopem. Jeszcze kilka lat temu zapłodnienie pozaustrojowe było wskazaniem do cięcia cesarskiego i większość pacjentek właśnie tak rodziła. Dzisiaj większość rodzi naturalnie i nikogo to nie dziwi. A jeżeli ludzie traktują nas jak zjawiska, to niestety często same jesteśmy sobie winne. Dlaczego podczas wywiadów panie, które przeszły in vitro, nie chcą ujawniać twarzy i nazwiska? Ja nie mam nic do ukrycia, cieszę się, że mam cudowną, kochaną córeczkę i maluszka, którego noszę w sobie. I nie wstydzę się mówić o tym głośno.


Opisane w artykule ciąże powstały dzięki dr Katarzynie Kozioł (w sumie ma ona na swoim koncie 2907 ciąż). Fundacja „Nasz Bocian” www.nasz-bocian.pl

Konsultacja przy pisaniu wstępu: dr Piotr Lewandowski, ginekolog, kierownik Przychodni Leczenia Niepłodności nOvum w Warszawie

 

Hanna Kowalska-Pamięta
Twoje 9 miesięcy, nr 4, 2005 IV